środa, 19 kwietnia 2017

Hygge na szczęście | recenzja książki Signe Johansen



Przyznaję, po raz kolejny skusiło mnie piękne wydanie książki. Uwielbiam taką estetykę i nawet nie odstraszyło mnie tak modne w ostatnim czasie słowo hygge w tytule. W końcu dobre jest nie tylko to, co obiektywnie jest dobre, ale również to, co sprawia nam przyjemność. A podczas czytania tej książki naprawdę miło spędziłam czas.

Książka ma zdecydowanie więcej plusów niż minusów, więc zacznę od tego, co mi się nie podobało, żeby potem przejść do przyjemniejszej części. Autorka na samym początku używa określenia skandynawskie hygge, jednak należy podkreślić, że hygge jest zdecydowanie duńskie. Elementy hygge można spotkać również w innych krajach, jednak różnią się one między sobą i mają swoje własne nazwy (w Norwegii jest to koselig, w Holandii gezellig, w Kanadzie używa się określenia hominess a w Niemczech gemutlichkeit). Z racji tego, że autorka jest w połowie Norweżką, podawane przez nią przykłady dotyczą głównie tego kraju. Signe Johansen bazuje na swoich doświadczeniach życia w Norwegii i nie zagłębia się w temat duńskiego hygge, dlatego też nie traktowałam tej książki, jako poradnika dotyczącego hygge (gdybym w taki sposób podeszła do tej książki, to byłabym rozczarowana). Nie warto na siłę doczepiać do niej łatki hygge, tylko dlatego, że stało się to modne. Ja potraktowałam ją, jako książkę opowiadającą o Skandynawii połączoną z książką kucharską.

Książkę czyta się szybko i przyjemnie. Podczas czytania miałam wrażenie, że siedzę w kawiarni z nowo poznaną koleżanką, która opowiada mi o sobie, swoim dzieciństwie, o życiu w Norwegii i całej Skandynawii. I to z koleżanką, która ma taki dar opowiadania, że nie zauważyłam, kiedy wypiłam kawę i minęło kilka godzin. 

Signe Johansen pisze o skandynawskim stylu życia, spędzaniu czasu na świeżym powietrzu, skandynawskim designie i świętowaniu w gronie najbliższych. Dużą część książki stanowią przepisy na dania kuchni skandynawskiej. W końcu Signe Johansen jest kucharką oraz autorką książek kulinarnych. Autorka podkreśla jak ważne są śniadania. To dzięki nim zyskujemy energię na cały dzień. Ja jestem ogromną zwolenniczką celebrowania śniadań i chociaż w tygodniu nie mam czasu, żeby poświęcić temu wiele uwagi, to nie wyjdę z domu bez zjedzenia czegoś pożywnego. Za to podczas weekendu zawsze jem śniadanie z moim mężem, nigdzie się nie spieszą i poświęcając całą uwagę sobie nawzajem. W książce znajdziemy pięćdziesiąt przepisów, nie tylko na śniadania, ale również dania główne, ciasta i drinki. Część z nich zdążyłam już przetestować i wszystko było pyszne. 

Kolejną kwestią, do której autorka przywiązuje dużą wagę, jest spędzanie czasu na świeżym powietrzu. Podkreśla, że nawet niewielka aktywność fizyczna na świeżym powietrzu jest lepsza od spędzania czasu w siłowni (chociaż moim zdaniem jakakolwiek aktywność fizyczna zawsze jest lepsza od nicnierobienia). W czasach, kiedy tempo życia jest zawrotne, spędzanie czasu na łonie natury pozwala nam na refleksję, na pozbieranie swoich myśli i nabranie dystansu. "Natura uspokaja, pozwala przemyśleć, na czym tak naprawdę polega życie".


"Hygge. Na szczęście" niesie ze sobą jedno ważne przesłanie. Cokolwiek robisz, nie komplikuj tego na siłę. Najprostsze rozwiązania są najlepsze a umiar jest zdrowszy od przepychu. Ważne jest, żebyśmy potrafili znaleźć radość ze zwykłych codziennych czynności. Autorka twierdzi, że napisała tę książkę "(...) żywiąc przekonanie, że jeśli macie dach nad głową, stół do spotkań z przyjaciółmi i najbliższymi, trochę pysznego jedzenia, i kielich w dłoni, to do szczęścia potrzebujecie tylko czasu, który moglibyście spędzać na świeżym powietrzu. My, Skandynawowie, jesteśmy tak samo szczęśliwi w domu, jak podczas odkrywania tajników przyrody, a ta równowaga naprawdę jest kluczem do zrozumienia naszego stylu życia. Świat skandynawskiego hygge kręci się wokół powrotu do podstaw i upraszczania naszego życia. W końcu, po co komplikować sobie wszystko podczas naszego krótkiego pobytu na tym świecie, jeśli podstawą dobrego życia jest prostota?”.

"Hygge. Na szczęście" to bardzo ładna rzecz, dobrze wydana, z pięknymi fotografiami. Jeżeli zapomnimy, że w założeniu miał być to poradnik dotyczący hygge, znajdziemy radość w jej przeczytaniu.

piątek, 14 kwietnia 2017

strój dnia | koszula z falbanami i białe spodnie

Mężczyznom trudno jest zrozumieć kobiety. I nic w tym dziwnego, skoro same nieraz nie wiemy, o co nam chodzi. Z kobiecą logiką nie można polemizować. Wiecie, coś w stylu:
- To moja ulubiona sukienka.
- To dlaczego tak rzadko w niej chodzisz?
- Bo boję się, że ją zniszczę.

Zapewne niejedna z Was tak ma, że oszczędza ubrania na wyjątkowe okazje, rezygnując z ich codziennego użytkowania. Z jednej strony rozumiem chęć zatrzymania jak najdłużej czegoś, co tak bardzo nam się podoba. Jednak ubranie wiszące w szafie również może się zniszczyć a w dodatku nie zdążymy się nim nacieszyć. Ja na szczęście oduczyłam się już "oszczędzania" ubrań, chociaż przyznam się, że do białych ciuchów nadal podchodzę z ostrożnością.

Nie przepadam za pastelami, ale czasami mam ochotę założyć coś lżejszego i weselszego niż czerń (chociaż black is such a happy color) czy szarość i wtedy białe ubrania sprawdzają się idealnie. Jednak wyjście w czymś białym wiąże się z pewnymi niedogodnościami. Po pierwsze, trzeba bardzo dokładnie sprawdzić pogodę i upewnić się czy tego dnia nie będzie padać. Następnie, trzeba upewnić się jeszcze dwa razy. Tak na wszelki wypadek. Bo nawet przelotne opady są śmiertelnym zagrożeniem. Wiecie, deszcz, kałuże, samochody i białe spodnie to nie najlepsze połączenie. Po drugie, białe lubi się brudzić i robi to tak skutecznie, że nawet się nie zorientujesz a już masz plamę. Zwłaszcza, jeżeli jesteś mną. Osobą, która idąc kopie się po kostkach, która otwierając jogurt wylewa go na siebie. Osobą, która siada na świeżo pomalowanej ławce i której deski spadają na głowę. Yeah, jestem królową spustoszenia. Po trzecie, musisz trzymać się z daleka od zwierząt i małych dzieci. Na białym doskonale widać sierść, o śladach łap nie wspominając. I na koniec zostaje jeszcze tak bardzo prozaiczna czynność, że zastanawiałam się czy w ogóle o niej wspominać. Chodzi oczywiście o pranie. Im częściej coś się brudzi, tym częściej trzeba poświęcać swój czas, żeby to wyczyścić. A im częściej coś pierzemy, tym szybciej się niszczy. Tak więc sami widzicie, chociaż bardzo lubię białe ubrania to noszę je sporadycznie.








 płaszcz i spodnie: Mango, koszula: Warehouse, torebka: Michael Kors, botki: Carinii

poniedziałek, 27 marca 2017

swetrowa sukienka i zaginione buty

Dzisiejszy wpis miał wyglądać zupełnie inaczej. Miałam wejść ja, cała na biało, i pokazać Wam moją nową marynarkę. Wszak i pogoda zaczęła sprzyjać na tyle, że można nosić białe ubrania bez obawy, że zostaną na nich plamy z deszczu i błota (jedynym zagrożeniem pozostają teraz świeżo malowane ławki w parku). Jedak los, za sprawą mojego męża, zdecydował inaczej. Otóż, umówiłam się z mężem (niech będzie, zakomunikowałam mu to) na zdjęcia, ale że wcześniej miał inne sprawy do załatwienia, to wziął samochód a ja miałam dojechać do niego później. Poprosiłam go, żeby schował do samochodu moje botki na zmianę, co by mi było wygodniej w płaskich butach w komunikacji miejskiej. Mąż zabrał buty, ale że niósł jeszcze kilka innych rzeczy i nie miał jak otworzyć drzwi od samochodu, postawił je na masce. Po czym oczywiście o nich zapomniał i odjechał. Po butach ślad zaginął. Butów nie ma, zdjęć nie ma, jest tylko złamane serce i czarna otchłań rozpaczy.

Muszę zatem ratować się starymi zdjęciami, które pokazują strój na prawiewiosnę, kiedy jeszcze jest zimno, ale nie na tyle, żeby mieć szalik i czapkę, i jest już ciepło, ale nie aż tak, żeby zrezygnować z płaszcza. Bardzo nie lubię tego momentu, kiedy jestem zmęczona zimą i chciałabym zacząć nosić lżejsze ubrania, ale jestem zbyt wielkim zmarzluchem, żeby zrezygnować z choć jednego elementu garderoby, który zapewnia mi ciepło.







 sukienka: Vero Moda, płaszcz: Shein, buty: Zara

wtorek, 14 marca 2017

chcę być sobą

Od jakiegoś czasu ogromną popularnością cieszą się wszelkiego rodzaju poradniki mówiące nam jak żyć. Kierują zagubionym człowiekiem przez meandry życia i prowadzą go za rękę wprost do szczęścia. Zdarza mi się kupować poradniki i zauważyłam jedną wyraźną tendencję. W poradnikach wszystko jest białe lub czarne, odcienie szarości nie istnieją. Można być Perfekcyjną lub Chujową Panią Domu. Można być minimalistką lub mieć garderobę zajmującą większą część mieszkania. Można nosić rozmiar zero lub być plus size, zwykła kobieca sylwetka nie istnieje. Można gotować jak Jamie Olivier lub chwalić się, że przypala się wodę na herbatę. Pracujesz nad sobą, dążysz do samorealizacji lub stwierdzasz głośno, że wcale nie chcesz być ideałem, lubisz swoje wady i nie zamierzasz z nimi nic robić.

Mam dość skrajności. Chcę po prostu być sobą. Daleko mi do Perfekcyjnej Pani Domu, ale lubię jak w mieszkaniu jest czysto i nie mam problemu z utrzymaniem porządku. Chwalenie się, że w domu jest bałagan, które nie potrafimy ogarnąć, nie jest powodem do dumy. Jednak czasami mam ważniejsze i ciekawsze rzeczy do zrobienia niż ścieranie kurzu. Wtedy bez żalu porzucam domowe porządki i to też jest ok. Lubię poznawać nowe rzeczy, lubię się dokształcać i jeżeli mogę popracować nad złymi nawykami to chętnie to robię. Nie wychodzą z założenia, że jestem jaka jestem i bezrefleksyjnie podchodzę do własnej natury. Na śniadanie jem owsiankę, bo mi smakuje a przy okazji jest zdrowa. Zdarza się jednak, że zaśpię czy nie zrobię zakupów i wtedy w drodze do pracy wchodzę do piekarni po słodką bułkę. Staram się unikać takich sytuacji, bo wiem że nie jest to dobre dla mojego organizmu, niemniej zdarza mi się. Czytam książki uważane za sztucznie rozreklamowane wydmuszki czy za kiczowate, bo sprawia mi to przyjemność. Jednocześnie sięgam po cięższą literaturę, taką jak "Wakacje nad Adriatykiem" (niech Was nie zwiedzie tytuł, nie jest to wakacyjna lektura) Zofii Posmysz. Lubię robić zdjęcia na Instagram, chcę żeby mój profil był spójny i estetyczny i dlatego robię zdjęcia za każdym razem, gdy jestem w ładnym wnętrzu lub mam coś apetycznego na talerzu, mimo że niektórzy mogą uważać to za śmieszne czy żenujące. Mój mąż już się do tego przyzwyczaił, więc tym bardziej innych nie powinno interesować to, co robię. 

Chcesz ćwiczyć, sprawia Ci to przyjemność to ćwicz. Chcesz popracować nad złymi nawykami, bo zaczęły Ci przeszkadzać, to pracuj nad nimi. Chcesz przeczytać mało wymagającą książkę, tylko dlatego że Cię rozśmiesza to ją przeczytaj. Doświadczaj, nie zamykaj się na nowe. Jeżeli czujesz potrzebę zmian, jeżeli chcesz poświęcić czas i energię to po prostu to zrób. Pamiętaj jednak, że nie warto podążać za każdym nowym trendem, za każdym pomysłem, tylko dlatego że panuje taka moda i wszyscy to robią. Nie warto również rezygnować z czegoś co lubimy, tylko dlatego że inni będą dziwnie na nas patrzeć. Pomiędzy byciem ideałem a całkowicie lekceważącym podejściem jest jeszcze miejsce dla Ciebie. W końcu istnieje fifty shades of grey.






 koszula: Mint&Berry, spodnie: Massimo Dutti, płaszcz: Mango, torebka: DKNY

niedziela, 5 marca 2017

za co lubię marzec

Przeżyliśmy luty, teraz czas na marzec. Po najgorszym miesiącu w roku, marzec jest dla mnie prawdziwym wytchnieniem. Za co więc go lubię?

W marcu powietrze pachnie inaczej. Nawet jeżeli poranki nadal są chłodne to w powietrzu wyczuwa się zmianę. Wiatr niesie ze sobą zapach nadchodzącej wiosny i od razu lżej się oddycha.

Pojawiają się kolory. Po miesiącach, w których niebo i ziemia zlewały się w jedno, przystaję przy każdym nowym krokusie i próbuję chłonąć tak mocno nasycone barwy.

W marcu mam urodziny.

Koniec z elektryzującymi się włosami. W marcu jest już na tyle ciepło, że mogę zrezygnować z czapki bez obaw, że mnie przewieje i nabawię się zapalenia ucha. W końcu zacznę wyglądać jak człowiek. Moje włosy również.

W marcu wszystko ma swój początek: sezon rowerowy, sezon na odkryte kostki, sezon na trampki, sezon na przesiadywanie nad rzeką.

Bo marzec jest dobry.










sukienka: Asos, skórzana kurtka: Mango

niedziela, 26 lutego 2017

czekając na wiosnę

Wiosna wydaje się być oddalona o miliony lat świetlnych, z tej okazji dzielę się z Wami kilkoma luźnymi spostrzeżeniami.

Pogoda ostatnio jest nieobliczalna, zachowuje się jakby miała rozdwojenie jaźni. Słońce bawi się z nami w chowanego. Pokaże się  i znika za chmurami. Jednocześnie pada ulewny deszcz, który po chwili zamienia się w śnieg. Jakby tego było mało, wystarczy dołożyć wichurę, która zrywa dachy i wyrywa drzewa. Luty proszę państwa.

Luty nie ma litości. Z uśmiechem na twarzy podłoży ci nogę i w dodatku skopie leżącego. Dobrze, że nowa praca skutecznie odwraca moją uwagę, bo nie wiem czy dotrwałabym do marca. Luty skutecznie mnie sponiewierał.

Za dwa tygodnie mam urodziny. 27. Ta liczba wydaje mi się abstrakcją. Czuję się na jakieś 21 lat (chociaż mentalnie nadal jestem dzieckiem). 

Ostatnio na Instagramie dziewczyny chwalą się butami na nowy sezon. Pokazują baleriny, sandały i szpilki w ilościach przyprawiających o zawrót głowy. Wszystko to z tęsknoty za wiosną. Ja również chętnie pozbyłabym się już moich kozaków, ale mąż nie pozwala. Nie rozumie po co kupować buty, które jeszcze co najmniej miesiąc przeleżą w szafie. Na pociesznie kupiłam sobie przepiękną sukienkę w kwiaty. Tylko jedną.

W piątek buty obtarły mnie tak straszliwie, że nie mogłam chodzić. Byłam więc zmuszona wyjść z pracy w półbutach, w których chodzę wyłącznie w biurze (z wiadomych powodów). I wiecie co? Nie zmarzłam.







koszula: Mint&Berry, marynarka: Zara, spodnie: Massimo Dutti, buty: Venezia, torebka: DKNY

wtorek, 31 stycznia 2017

Jak spędzić wieczór w domu - moje ulubione gry planszowe

 
Im jestem starsza tym chętniej spędzam wieczory w domu, rezygnując z wyjścia na miasto. Zwłaszcza zimą, kiedy wieczory są długie a temperatura spada poniżej zera, doceniam domowe pielesze. Na co dzień towarzyszy nam głównie rozrywka elektroniczna i zamiast spędzać czas ze sobą, spędzamy go przed komputerem czy smartfonem. Moim sposobem na oderwanie się od technologii są gry planszowe. Pozwalają na wspólne spędzanie czasu, tworzenie wspomnień i zacieśnianie więzi.

Dzisiaj chciałam podzielić się z Wami moimi ulubionymi grami planszowymi.
 

1. Wsiąść do pociągu - polega na wylosowaniu biletów z określoną trasą i wybudowaniu linii kolejowych między wskazanymi miastami. Ja posiadam wersję Europa (dostępne są jeszcze: USA, Holandia oraz Dookoła Świata), gdzie podróżuje się przez miasta Starego Kontynentu u progu ubiegłego stulecia. Jest to prosta gra, przy której nie musimy spędzać kilku godzin, żeby poznać jej zasady.

2. Carcassonne - w tej grze jestem niepokonana ;) Gra polega na ułożeniu miasta, drogi czy opactwa z dostępnych żetonów i zajęciu jak największej ilości lokalizacji. Gra jest bardzo prosta i nie nudzi się, ponieważ za każdym razem ułożona mapa wygląda inaczej. Niedawno dokupiliśmy wszystkie dostępne dodatki, dzięki którym rozgrywka stała się jeszcze ciekawsza.

3. Kolejka - przenosi nas do życia w czasach PRL-u. Gra polega na tym, że wysyłamy członków swojej rodziny do różnych sklepów, żeby kupić towary z wylosowanej listy zakupów. Pionki ustawiamy w ciemno w kilku sklepach, nie wiedząc, w którym akurat będzie dostawa towaru. 

4. Gnaj do celu w PRL-u - to kolejna gra tocząca się epoce Rzeczypospolitej Ludowej. Jest to połączenie poprzedniej pozycji z Monopoly. Tutaj również musimy zapełnić listę zakupów, ale tym razem nie ustawiamy się w kolejce do sklepu, ale rzucając kostką poruszamy się po planszy i wypełniamy polecenia z pola, na którym się znajdziemy. Po rozpoczęciu gry na nasze zakupu otrzymujemy określoną kwotę pieniędzy, za które nie tylko kupujemy potrzebne nam produkty, ale również płacimy czynsz za mieszkanie czy karę za złapanie nas na manifestacji.

5. Gierki małżeńskie - to gra planszowa ilustrowana rysunkami Andrzeja Mleczki. Jest to gra dla par, która pozwala dowiedzieć się, jak dobrze znasz swoją drugą połowę. W Gierkach małżeńskich przesuwamy pionki po planszy, wykonując zadania, z pola na którym się znajdujemy. Za wykonanie zadania otrzymuje się żeton. Osoba (lub para), która uzbiera najwięcej żetonów, wygrywa. Naszą ulubioną kategorią są kalambury, ponieważ nasze umiejętności malarskie praktycznie zanikły i nasze rysunki w ogóle nie przypominają tego, co chcieliśmy narysować. Ostatnio mój mąż rysował Gwiazdę Śmierci z Gwiezdnych Wojen. Jego rysunek przedstawiał okrąg z czarną kropką na środku. Dopiero po dorysowaniu gwiazdy zorientowałam się, o jaki film chodzi.

6. Cyklady - ta gra jest bardziej skomplikowana niż poprzednie, przed jej rozpoczęciem trzeba poświęcić chwilę, żeby zapoznać się ze wszystkimi zasadami. Gra toczy się w czasach mitologicznych, a jej celem jest rozwinięcie swojego miasta-państwa do statusu metropolii. Żeby osiągnąć ten cel, należy zadbać o odpowiedni rozwój ekonomiczny, religijny i naukowy a także rozwinąć wojsko i flotę morską. Za każdą ze sfer odpowiada inny Bóg i w każdej turze trzeba zdobyć jego przychylność. Pozostali gracze mogą skupić się na rozwoju swojego państwa lub przejąć naszą metropolię wysyłając na jej podbój wojsko i flotę. Mogą również utrudnić nam rozgrywkę używając kart potworów, takich jak Kraken czy Meduza.

A Wy lubicie spędzać czas grając w gry planszowe? Jeżeli tak, to koniecznie podzielicie się swoimi ulubionymi planszówkami, ponieważ cały czas szukam nowych tytułów.

sobota, 28 stycznia 2017

Pokaż swój styl | Jak się wyróżnić, przyciągnąć obserwujących i zbudować markę na Instagramie



Zapewne część z Was poczuła już przesyt książkami napisanymi przez blogerki i mocno propagowanymi w Internecie. Sama żałuję zakupu niektórych tytułów, ale nie wszystkie pozycje są niewarte naszego czasu i uwagi. Po "Pokaż swój styl" sięgnęłam po pierwsze, dlatego że mam słabość do pięknie wydanych książek, po drugie - interesują mnie treści dotyczące budowania własnej marki a po trzecie -  napisała ją Aimee Song, jedna z moich ulubionych blogerek.

Aimee Song to blogerka modowa, której konto na Instagramie obserwuje ponad cztery miliony użytkowników, a magazyn Forbes umieścił ją na liście "trzydziestu przed trzydziestką", czyli liście największych biznesowych talentów przed trzydziestym rokiem życia. Natomiast "Pokaż swój styl" to poradnik dotyczący Instagrama. Autorka opowiada jak odniosła sukces, dzieli się biznesowymi wskazówkami i udziela technicznych porad dotyczących prowadzenia konta.

W książce zostały wyjaśnione techniczne terminy takie jak: feed czy hasztag, opisane podstawowe funkcje fotografii mobilnej (linie siatki, autofokus czy dopasowanie ekspozycji) oraz przedstawione najlepsze narzędzia do edycji zdjęć (Snapseed czy Facetune). Instagram Aimee skupia się głównie na modzie, jedzeniu, podróżach i wystroju wnętrz, dlatego też autorka dzieli się swoimi radami jak odpowiednio zrobić selfie i zdjęcia strojów (#ootd), w jaki sposób fotografować jedzenie oraz jak zrobić flat lay i zdjęcia produktowe. Wyjaśnia również, dlaczego tak ważne jest używanie hasztagów i pokazuje jak odpowiednio to robić, żeby powiększać grupę swoich obserwatorów.

Każdy rozdział kończy się krótkim zadaniem, które umożliwia nam zastosowanie w praktyce zdobytej wiedzy oraz sprawdzenie różnych możliwości.


Dla osób, które już od jakiegoś czasu zajmują się publikowaniem zdjęć na Instagramie, większość porad może wydać się oczywista a nawet banalna (ale niech podniesie rękę ten, kto ma ponad cztery miliony obserwatorów). Dla mnie większość przedstawionych terminów była już znana, ale chętnie skorzystałam z kilku rad opisanych przez Aimee. Osobiście najbardziej wartościową i najciekawszą częścią książki okazał się dla mnie rozdział trzeci zatytułowany "Jak opowiadać historie". Wcześniej nie patrzyłam na swoje konto z szerszej perspektywy i publikowałam zdjęcia, które w danej chwili mi odpowiadały. Po prostu przypadkowe momenty. Aimee pokazuje, że ważne jest to, żeby zdjęcia ze sobą współgrały tworząc spójną większą całość. Pomoże nam w tym myślenie o swojej siatce w kategoriach trzech, sześciu i dziewięciu zdjęć, które dają pierwsze wrażenie, jakie świat odniesie po twoim tweedzie. Po przeczytaniu książki, zaczęłam wprowadzać tę zasadę i moje konto od razu stało się bardziej spójne.

"Pokaż swój styl" charakteryzuje się pięknym wydaniem a także spójną i przejrzystą treścią na temat budowania marki osobistej na Instagramie. To idealny poradnik dla amatorów fotografii i osób, które dopiero rozpoczynają swoją przygodę z Instagramem. To również ciekawa pozycja dla osób, które chcą się rozwijać i ulepszyć swoje konto. 

poniedziałek, 23 stycznia 2017

Kiedy wiadomo, że trzeba zmienić styl życia na zdrowszy?

Przyzwyczajona do figury z czasów studenckich (a także po latach nazywania mnie pieszczotliwie szkieletorem), jakoś nieszczególnie zwracałam uwagę na to, co jem. Jadłam wszystko, na co miałam ochotę, o każdej porze i w każdej ilości. Przy regularnych spacerach z psem, jeździe na rowerze i chodzeniu na basen moja forma była nie najgorsza. Przygotowania do wesele i chęć, żeby dobrze wyglądać w sukni ślubnej, jakoś trzymały mnie w ryzach. Później przyszła zima i mój wysiłek fizyczny spadł do zera, za to chęć na słodycze wzrosła pięciokrotnie. I się zaczęło. Najpierw niewinnie: skóra straciła swoją jędrność i pojawił się cellulit. Niespecjalnie się tym przejęłam (helloł! w końcu która kobieta nie ma cellulitu). Następnie na mojej twarzy zaczęły pojawiać się niedoskonałości a cienie pod oczami stały się bardziej widoczne. Waga pokazała cztery kilogramy więcej a brzuch przestał być płaski. Pomyślałam, że to typowo zimowy skok wagi, na wiosnę wszystko wróci do normy i wzruszyłam ramionami. Kiedy jednak przestałam mieścić się w spodnie a nieestetyczne "boczki" stały się widoczne, stwierdziłam że tak dłużej być nie może. Problem stał się na tyle duży, że nie mogłam go dłużej ignorować i szukając kolejnych wymówek ukrywać go pod szerokimi swetrami. Przestałam kupować słodycze i gazowane napoje, wypiłam dzisiaj dwa litry wody i jestem po pierwszym treningu, który po kilku miesiącach przerwy wydawał się być wysiłkiem ponad moje siły.
 
Odpowiedź na pytanie postawione w tytule posta jest jedna. Kiedy zaczynasz czuć się źle, to czas, że trzeba coś zmienić. Nie ważne czy przytyłaś pięć kilo czy piętnaście. Jeżeli twoje ciało przestaje Ci odpowiadać, jeżeli zaczynają pojawiać się problemy ze skórą czy problemy zdrowotne a twoje samopoczucie się pogarsza, to czas wziąć się w garść i zmienić swoje nawyki. Leżenie na kanapie jest łatwe, kolejne wymówki same się mnożą a rezygnacja ze słodyczy wydaje się niemożliwa, wiem coś o tym. Pamiętaj jednak, że najtrudniej jest się ogarnąć i znaleźć w sobie motywację. To pierwszy krok jest najtrudniejszy, z każdym kolejnym jest łatwiej. Dobre samopoczucie, zdrowie i piękny wygląd są warte wysiłku. Ja właśnie zrobiłam pierwszy krok.
 







 
koszula i spodnie: H&M, marynarka: Zara, torebka: Michael Kors, botki: Venezia

piątek, 20 stycznia 2017

Relacja z Bali cz. 2. | Pura Tirtha Empul, Pura Gunung Kawi i Monkey Forest


Dzisiaj mam dla Was kolejną relację z naszej podróży poślubnej na Bali. Pierwszą część możecie przeczytać tutaj. Tego dnia wybraliśmy się do miejscowości Tampaksiring, żeby zobaczyć dwie świątynie: Tirtha Empul ze świętymi źródłami oraz grobowce królewskie Gunung Kawi.

W świątyni Pura Tirtha Empul znajduje się czczone przez Balijczyków święte źródło. Z jego powstaniem wiąże się pewna legenda. Zły król Mayadanawa, który posiadał moce umożliwiające mu zmianę we wszystko, co tylko chciał, ogłosił że jest bogiem. Nakazał oddawanie sobie czci i zabronił składania darów innym bogom. Prawdziwi bogowie straszliwie się rozgniewali i wypowiedzieli wojnę Mayadanawie. Na pole bitwy wybrano teren obecnej świątyni. Kiedy wojska bogów dotarły na miejsce, spragnieni żołnierze napili się wody ze źródła i umarli, ponieważ król Mayadanawa zatruł je. Bóg Indra chcąc ratować swoich żołnierzy wbił w ziemię kostur i z tego miejsca wystrzeliło święte źródło obmywając ciała żołnierzy i przywracając ich do życia. Wojska bogów zwyciężyły a przy źródle powstała świątynia Tirtha Empul, którą odwiedzają Balijczycy, żeby obmyć się w jej wodach, uważając że mają one moc uzdrawiania.









Podczas wizyty w świątyni natrafiliśmy na odbywające się nabożeństwo. Nie można było podchodzić do modlących się, żeby im nie przeszkadzać, ale z odpowiedniej odległości mogliśmy przyglądać się ceremonii i składaniu darów.








Kolejnym miejscem, które odwiedziliśmy tego dnia była świątynia Pura Gunung Kawi. Kompleks znajduje się w dolinie rzeki Pekerisan a sama świątynia jest położona w kanionie. Żeby do niej dotrzeć trzeba zejść po kilkudziesięciu kamiennych schodach (niestety byliśmy już tak zmęczeni, że zapomnieliśmy policzyć ile dokładnie ich było). Na szczęście wędrówkę umilał nam malowniczy widok tarasów ryżowych.

Największą atrakcją świątyni są wykute w skale reliefy, uważane za grobowce syna króla Udayana, jego żon i kochanek. Nie jest to potwierdzone przez archeologów, ponieważ w tym miejscu nie znaleziono żadnych szczątków. Całe miejsce zrobiło na mnie ogromne wrażenie.











W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się na świeżego kokosa i ryżowy deser podawany w liściu bananowca. Po takim wysiłku wszystko smakowało wybornie.




Z Tampaksiring do Ubud mieliśmy jakieś 30 minut jazdy, więc postanowiliśmy pojechać do miasta, żeby zobaczyć Monkey Forest i zrobić zakupy na targu.
Do atrakcji turystycznych ze zwierzętami podchodzimy bardzo podejrzliwie, zwłaszcza w Azji, gdzie zwierzęta często są bite, głodzone i przywiązywane łańcuchami. Zdecydowaliśmy się na odwiedzenie Monkey Forest, ponieważ małpy biegają swobodnie po całym terenie, nie są trzymane w klatkach i mają dobrą opiekę.












Na koniec dnia poszliśmy jeszcze na lokalny targ, żeby kupić jakieś pamiątki. Jestem zwolenniczką przywożenia z wakacji praktycznych pamiątek, dlatego też kupiliśmy kawę, herbatę i przyprawy. Kupiliśmy również kadzidełka i teraz za każdym razem kiedy je zapalam, przenoszę się myślami do tego magicznego miejsca.









Powoli będziemy żegnać się z Bali. Została mi do przygotowania jeszcze jedna fotorelacja. Tymczasem życzę Wam cudownego weekendu.