wtorek, 21 kwietnia 2015

jak remont wpływa na naszą kulturę osobistą

W większości ludzie są cywilizowani (a przynajmniej sprawiają takie wrażenie). Zdarzają się jednak takie sytuacje, kiedy nawet z najbardziej kulturalnego człowieka wychodzi Neandertalczyk. Jedną z takich sytuacji jest remont. U mnie właśnie jest. Na szczęście niewielki, ale pomieszczenia, bez którego trudno funkcjonować. Zaczął się u mnie remont kuchni i po dwóch dniach nie mogę funkcjonować w takich warunkach. Ba, nikt z domowników nie może. Oprócz hałasu i brudu, zniknęło gdzieś większość naszego opanowania i kultury. Ilość kur... i innych epitetów przekroczyła limit pięćset krotnie. W sumie nie ma co się dziwić, kiedy kurz przenika do każdego pomieszczenia, pomimo że kuchnia jest dobrze zabezpieczona. Moje włosy powoli zaczynają robić się sztywne i nawet codzienne ich mycie nie pomaga. Dostęp do kawy i herbaty został całkowicie odcięty a liczba normalnych posiłków została zredukowana do minimum (mam problemy z zagotowaniem wody a co dopiero mówić o ugotowaniu obiadu). Brudne naczynia przeniosły się do łazienki i będą myte w zlewie w ogóle do tego nieprzystosowanym. Pies chwilowo został z domu eksmitowany i zaczyna brakować mi jego mordki. Każdy na siebie warczy i odzywa się półsłówkami. Nikt już nie używa pełnych zdań... Na szczęście za tydzień wszystko wróci do normy a my wrócimy do swoich bardziej kulturalnych wcieleń. Trzymajcie kciuki, żebym do tego czasu całkiem nie zdziczała.






 
bluzka: Jennyfer, spodnie i szpilki: Mango

poniedziałek, 13 kwietnia 2015

Francuski styl i szyk - dlaczego celebrujemy mit, który nie istnieje?

Ostatnio na polskim rynku wydawniczym dużą popularnością cieszą się poradniki dotyczące francuskiego stylu życia. "Lekcje Madame Chic", "Bądź Paryżanką, gdziekolwiek jesteś", "Francuski szyk! Zostań własną stylistką", "Księga stylu Coco Chanel. Jak stać się elegancką kobietą z klasą" czy "Sposoby Francuzek na urodę, szczupłą sylwetkę i zdrowie" to tylko niektóre z nich. W końcu Francuzki są eleganckie, zadbane, zawsze wyglądają dobrze, nawet w jeansach i t-shircie, mają klasę i urok. Tylko że nie do końca jest to prawda. We Francji bywam często, ponieważ mam tam rodzinę i z własnych obserwacji wiem, że większość stwierdzeń zawartych w tych książkach, to po prostu stereotypy i z rzeczywistością mają niewiele wspólnego.

Przede wszystkim, Francuzki wcale nie są eleganckie a wyczucia mody nie wyssały z mlekiem matki. Francja to duży kraj i nie można oczekiwać, żeby każdy był ładnie i schludnie ubrany, ale na ulicach często można spotkać kobiety, które są po prostu niechlujne. Potrafią chodzić w jednym, wyciągniętym t-shircie przez tydzień. Do tego dużo palą i zachowują się głośno. Wydaje mi się, że stereotyp mówiący o tym, że Francuzki dobrze się ubierają pochodzi z czasów, kiedy Francja była głównym ośrodkiem, gdzie tworzyła się wielka moda.

Drugim mitem jest ta część życia kulturalnego mówiąca o tym, jak to Francuzki spędzają czas w operze, filharmonii i na wystawnych przyjęciach i jest to jednym z kluczowych elementów bycia stylowym. Jednak często bywa tak, że Francuzki spędzają wolne popołudnia w centrach handlowych. Poza tym, nie zauważyłam jakiegoś szczególnego dbania o zdrową sylwetkę. Są ludzie, którzy interesują się tematem zdrowego odżywiania i uprawiają sporty, ale to tak samo jak wszędzie. Francja nie wyróżnia się pod tym względem.

Paryż to miasto przez wielu idealizowane i dlatego dobrze się sprzedaje. Tym, którzy ulegają jego magii (tudzież dobremu pr-owi), wydaje się że Francja jest idealnym miejscem do życia. Że ludzie są tam szczęśliwsi, mają więcej czasu i pieniędzy. Dlatego kupujemy tego rodzaju poradniki. Wydaje nam się, że będąc tą idealną kobietą, nasze życie stanie się łatwiejsze, że pozbędziemy się naszych problemów.

Wcale nie bojkotuję tego typu poradników, ponieważ uważam, że wszystko, co motywuje nas do zmian na lepsze, co pokazuje jak możemy nad sobą pracować, jest jak najbardziej potrzebne. Poza tym, w większości te książki są przepięknie wydane i naprawdę cieszą oko. Jednak po przeczytaniu kilku książek w temacie "francuskiego stylu życia" zauważyłam, że ciągle poruszane są te same kwestie a temat jest traktowany schematycznie. A dążenie do sztucznego, idealnego stylu życia, w którym zabronione jest robienie pewnych rzeczy (np. zakładanie dresu czy butów emu), a inne są wręcz wymagane, jest bez sensu i na dłuższą metę nie da nam szczęścia.






sukienka: Lous, kurtka: Stradivarius, torebka: vintage, botki: Isabel Marant

wtorek, 31 marca 2015

To nie są moje wielbłądy. O modzie w PRL




Jeszcze przed premierą książki spodziewałam się, że "To nie są moje wielbłądy. O modzie w PRL" Aleksandry Boćkowskiej będzie czymś w rodzaju podręcznika o historii mody. Okazało się jednak, że książka jest reportażem o ludziach, którzy tworzyli modę w Polsce w okresie PRL-u a ubrania, jako takie schodzą na drugi plan.

Aleksandra Boćkowska przybliża nam nie tylko wybitne postacie (niektóre z nich są znane do dziś) takie jak: Jerzy Antkowiak, Jadwiga Grabowska czy Barbara Hoff, ale opisuje również sylwetki osób, które zostały już zapomniane. Opowiada o Teresie Kuczyńskiej, krytyczce mody, który pisywała do magazynu "Ty i Ja", o modelce Elżbiecie Grabacz, która jako jedna z niewielu polskich modelek chodziła na pokazach mody w Paryżu czy o Wandzie Borowskiej, która wykładała na Państwowej Wyższej Szkole Sztuk Plastycznych w Łodzi. Z każdą z tych osób wiążą się fascynujące, zabawne a czasami absurdalne historie.

Książka opisuje realia, w jakich były produkowane ubrania, działalność Mody Polskiej, funkcjonowanie Cedetu czy powstanie Państwowej Wyższej Szkoły Sztuk Plastycznych w Łodzi. Dowiemy się z niej również jak wyglądała polska produkcja masowa z różnego rodzaju komisjami, procedurami, brakami i wykonaniem planu.

Jeżeli w książce znajdziemy opis konkretnego ubrania, to na pewno przeczytamy związaną z nim historię, np: "kuzynka Perlińskiej Barbara Ludwikiewicz dostała się na najbardziej prestiżowe praktyki - do krakowskiego Centralnego Laboratorium Przemysłu Obuwniczego. Tam z definicji eksperymentowano, więc można było pozwolić sobie na więcej. Ona pozwoliła sobie na zupełne szaleństwo. Do człowieka odpowiedzialnego za przydziały skóry poszły razem z koleżanką z zapasem szampana. Rozbawiony wydał im wielki kawał w najlepszym gatunku i właśnie z niej zrobiły sobie fioletowe szpilki, w których zadawały szyku na Piotrkowskiej. Podobno potem przez jakiś czas Laboratorium nie przyjmowało na praktyki studentek z Łodzi". Ubrania, jako osobny byt tutaj nie występują.

"To nie są moje wielbłądy. O modzie w PRL" jest naprawdę świetnie napisana, jednak zawiera kilka aspektów, które nie do końca mi odpowiadały. Po pierwsze, w książce przewija się mnóstwo nazwisk, czasami z imienia i nazwiska są wymieniane osoby, o których napisane jest jedno zdanie i taki natłok wprowadza niepotrzebnie zamęt. W trakcie czytania musiałam robić notatki, żeby po skończeniu pamiętać, kto jest kim. Po drugie, książkę należy traktować jako zbiór reportaży, ponieważ jako całość nie jest do końca spójna, np. po opisie wyglądu i ubioru plastyczek (tak były nazywane studentki Państwowej Wyżej Szkoły Sztuk Plastycznych w Łodzi) mamy przytoczony fragment rewizji dokumentalnej przeprowadzonej w Centralnym Laboratorium Przemysłu Odzieżowego w Łodzi w 1956 roku. Po trzecie, jak dla mnie, w książce jest za mało zdjęć (chociaż cała szata graficzna jest fantastyczna). Niestety, ale czytanie o modzie to nie do końca to samo, co oglądanie mody. Nawet jeżeli przeczytam bardzo szczegółowy opis ubrania, to dopóki go nie zobaczę, nie zostanie on w mojej pamięci.

Książka jest napisana fantastycznym językiem, z ogromnym poczuciem humoru a pokaźna bibliografia pokazuje jak wiele pracy włożyła w nią autorka. Książkę polecam nie tylko osobom, które interesują się modą, ale również tym, którzy chcieliby dowiedzieć się jak wyglądały realia PRL-u. Pewnie zastanawiacie się skąd taki tytuł dla książki o modzie? Niestety tego Wam nie zdradzę, ponieważ stanowi on puentę książki, a ja nie chciałabym popsuć Wam całej zabawy.