środa, 19 kwietnia 2017

Hygge na szczęście | recenzja książki Signe Johansen



Przyznaję, po raz kolejny skusiło mnie piękne wydanie książki. Uwielbiam taką estetykę i nawet nie odstraszyło mnie tak modne w ostatnim czasie słowo hygge w tytule. W końcu dobre jest nie tylko to, co obiektywnie jest dobre, ale również to, co sprawia nam przyjemność. A podczas czytania tej książki naprawdę miło spędziłam czas.

Książka ma zdecydowanie więcej plusów niż minusów, więc zacznę od tego, co mi się nie podobało, żeby potem przejść do przyjemniejszej części. Autorka na samym początku używa określenia skandynawskie hygge, jednak należy podkreślić, że hygge jest zdecydowanie duńskie. Elementy hygge można spotkać również w innych krajach, jednak różnią się one między sobą i mają swoje własne nazwy (w Norwegii jest to koselig, w Holandii gezellig, w Kanadzie używa się określenia hominess a w Niemczech gemutlichkeit). Z racji tego, że autorka jest w połowie Norweżką, podawane przez nią przykłady dotyczą głównie tego kraju. Signe Johansen bazuje na swoich doświadczeniach życia w Norwegii i nie zagłębia się w temat duńskiego hygge, dlatego też nie traktowałam tej książki, jako poradnika dotyczącego hygge (gdybym w taki sposób podeszła do tej książki, to byłabym rozczarowana). Nie warto na siłę doczepiać do niej łatki hygge, tylko dlatego, że stało się to modne. Ja potraktowałam ją, jako książkę opowiadającą o Skandynawii połączoną z książką kucharską.

Książkę czyta się szybko i przyjemnie. Podczas czytania miałam wrażenie, że siedzę w kawiarni z nowo poznaną koleżanką, która opowiada mi o sobie, swoim dzieciństwie, o życiu w Norwegii i całej Skandynawii. I to z koleżanką, która ma taki dar opowiadania, że nie zauważyłam, kiedy wypiłam kawę i minęło kilka godzin. 

Signe Johansen pisze o skandynawskim stylu życia, spędzaniu czasu na świeżym powietrzu, skandynawskim designie i świętowaniu w gronie najbliższych. Dużą część książki stanowią przepisy na dania kuchni skandynawskiej. W końcu Signe Johansen jest kucharką oraz autorką książek kulinarnych. Autorka podkreśla jak ważne są śniadania. To dzięki nim zyskujemy energię na cały dzień. Ja jestem ogromną zwolenniczką celebrowania śniadań i chociaż w tygodniu nie mam czasu, żeby poświęcić temu wiele uwagi, to nie wyjdę z domu bez zjedzenia czegoś pożywnego. Za to podczas weekendu zawsze jem śniadanie z moim mężem, nigdzie się nie spieszą i poświęcając całą uwagę sobie nawzajem. W książce znajdziemy pięćdziesiąt przepisów, nie tylko na śniadania, ale również dania główne, ciasta i drinki. Część z nich zdążyłam już przetestować i wszystko było pyszne. 

Kolejną kwestią, do której autorka przywiązuje dużą wagę, jest spędzanie czasu na świeżym powietrzu. Podkreśla, że nawet niewielka aktywność fizyczna na świeżym powietrzu jest lepsza od spędzania czasu w siłowni (chociaż moim zdaniem jakakolwiek aktywność fizyczna zawsze jest lepsza od nicnierobienia). W czasach, kiedy tempo życia jest zawrotne, spędzanie czasu na łonie natury pozwala nam na refleksję, na pozbieranie swoich myśli i nabranie dystansu. "Natura uspokaja, pozwala przemyśleć, na czym tak naprawdę polega życie".


"Hygge. Na szczęście" niesie ze sobą jedno ważne przesłanie. Cokolwiek robisz, nie komplikuj tego na siłę. Najprostsze rozwiązania są najlepsze a umiar jest zdrowszy od przepychu. Ważne jest, żebyśmy potrafili znaleźć radość ze zwykłych codziennych czynności. Autorka twierdzi, że napisała tę książkę "(...) żywiąc przekonanie, że jeśli macie dach nad głową, stół do spotkań z przyjaciółmi i najbliższymi, trochę pysznego jedzenia, i kielich w dłoni, to do szczęścia potrzebujecie tylko czasu, który moglibyście spędzać na świeżym powietrzu. My, Skandynawowie, jesteśmy tak samo szczęśliwi w domu, jak podczas odkrywania tajników przyrody, a ta równowaga naprawdę jest kluczem do zrozumienia naszego stylu życia. Świat skandynawskiego hygge kręci się wokół powrotu do podstaw i upraszczania naszego życia. W końcu, po co komplikować sobie wszystko podczas naszego krótkiego pobytu na tym świecie, jeśli podstawą dobrego życia jest prostota?”.

"Hygge. Na szczęście" to bardzo ładna rzecz, dobrze wydana, z pięknymi fotografiami. Jeżeli zapomnimy, że w założeniu miał być to poradnik dotyczący hygge, znajdziemy radość w jej przeczytaniu.

piątek, 14 kwietnia 2017

strój dnia | koszula z falbanami i białe spodnie

Mężczyznom trudno jest zrozumieć kobiety. I nic w tym dziwnego, skoro same nieraz nie wiemy, o co nam chodzi. Z kobiecą logiką nie można polemizować. Wiecie, coś w stylu:
- To moja ulubiona sukienka.
- To dlaczego tak rzadko w niej chodzisz?
- Bo boję się, że ją zniszczę.

Zapewne niejedna z Was tak ma, że oszczędza ubrania na wyjątkowe okazje, rezygnując z ich codziennego użytkowania. Z jednej strony rozumiem chęć zatrzymania jak najdłużej czegoś, co tak bardzo nam się podoba. Jednak ubranie wiszące w szafie również może się zniszczyć a w dodatku nie zdążymy się nim nacieszyć. Ja na szczęście oduczyłam się już "oszczędzania" ubrań, chociaż przyznam się, że do białych ciuchów nadal podchodzę z ostrożnością.

Nie przepadam za pastelami, ale czasami mam ochotę założyć coś lżejszego i weselszego niż czerń (chociaż black is such a happy color) czy szarość i wtedy białe ubrania sprawdzają się idealnie. Jednak wyjście w czymś białym wiąże się z pewnymi niedogodnościami. Po pierwsze, trzeba bardzo dokładnie sprawdzić pogodę i upewnić się czy tego dnia nie będzie padać. Następnie, trzeba upewnić się jeszcze dwa razy. Tak na wszelki wypadek. Bo nawet przelotne opady są śmiertelnym zagrożeniem. Wiecie, deszcz, kałuże, samochody i białe spodnie to nie najlepsze połączenie. Po drugie, białe lubi się brudzić i robi to tak skutecznie, że nawet się nie zorientujesz a już masz plamę. Zwłaszcza, jeżeli jesteś mną. Osobą, która idąc kopie się po kostkach, która otwierając jogurt wylewa go na siebie. Osobą, która siada na świeżo pomalowanej ławce i której deski spadają na głowę. Yeah, jestem królową spustoszenia. Po trzecie, musisz trzymać się z daleka od zwierząt i małych dzieci. Na białym doskonale widać sierść, o śladach łap nie wspominając. I na koniec zostaje jeszcze tak bardzo prozaiczna czynność, że zastanawiałam się czy w ogóle o niej wspominać. Chodzi oczywiście o pranie. Im częściej coś się brudzi, tym częściej trzeba poświęcać swój czas, żeby to wyczyścić. A im częściej coś pierzemy, tym szybciej się niszczy. Tak więc sami widzicie, chociaż bardzo lubię białe ubrania to noszę je sporadycznie.








 płaszcz i spodnie: Mango, koszula: Warehouse, torebka: Michael Kors, botki: Carinii

poniedziałek, 27 marca 2017

swetrowa sukienka i zaginione buty

Dzisiejszy wpis miał wyglądać zupełnie inaczej. Miałam wejść ja, cała na biało, i pokazać Wam moją nową marynarkę. Wszak i pogoda zaczęła sprzyjać na tyle, że można nosić białe ubrania bez obawy, że zostaną na nich plamy z deszczu i błota (jedynym zagrożeniem pozostają teraz świeżo malowane ławki w parku). Jedak los, za sprawą mojego męża, zdecydował inaczej. Otóż, umówiłam się z mężem (niech będzie, zakomunikowałam mu to) na zdjęcia, ale że wcześniej miał inne sprawy do załatwienia, to wziął samochód a ja miałam dojechać do niego później. Poprosiłam go, żeby schował do samochodu moje botki na zmianę, co by mi było wygodniej w płaskich butach w komunikacji miejskiej. Mąż zabrał buty, ale że niósł jeszcze kilka innych rzeczy i nie miał jak otworzyć drzwi od samochodu, postawił je na masce. Po czym oczywiście o nich zapomniał i odjechał. Po butach ślad zaginął. Butów nie ma, zdjęć nie ma, jest tylko złamane serce i czarna otchłań rozpaczy.

Muszę zatem ratować się starymi zdjęciami, które pokazują strój na prawiewiosnę, kiedy jeszcze jest zimno, ale nie na tyle, żeby mieć szalik i czapkę, i jest już ciepło, ale nie aż tak, żeby zrezygnować z płaszcza. Bardzo nie lubię tego momentu, kiedy jestem zmęczona zimą i chciałabym zacząć nosić lżejsze ubrania, ale jestem zbyt wielkim zmarzluchem, żeby zrezygnować z choć jednego elementu garderoby, który zapewnia mi ciepło.







 sukienka: Vero Moda, płaszcz: Shein, buty: Zara