niedziela, 11 grudnia 2016

Relacja z Bali cz. 1. | Świątynia Matka Pura Besakih, pozostałości pałacu królewskiego Kerta Gosa i pałac królewski na wodzie


Życie jest naprawdę nieprzewidywalne. Po ślubie, ze względu na mój krótki urlop i ograniczony budżet, nie planowaliśmy jakiejś wielkiej podróży poślubnej. Chcieliśmy odwiedzić naszą ukochaną Chorwację. Niestety tak się złożyło, że musieliśmy zrezygnować z naszych planów. Jednak bardzo potrzebowałam chwili odpoczynku i nie chciałam zrezygnować z wakacji. Gdzie tu jednak jechać w listopadzie? Gdzieś, gdzie jest ciepło. Padło na Bali. Wybór był prosty, a to za sprawą Ani z bloga What Anna Wears. Regularnie odwiedzam jej bloga, śledzę ją na Instagramie i oglądam na Snapchacie i dzięki temu zakochałam się w Bali. Nie mogłam więc przegapić okazji, żeby zobaczyć tę wyspę na własne oczy.

Dzisiaj mam dla Was pierwszą część relacji z naszej podróży. Zabieram Was do kilku naprawdę niesamowitych miejsc. Zaczniemy od najważniejszej świątyni na Bali, Pura Besakih zwanej Matką Świątyń. Świątynia znajduje się u stóp wulkanu Agung i kiedy w 1963 roku nastąpiła jego erupcja, strumienie lawy ominęły świątynię z obu stron. Balijczycy uważają to zdarzenie za cud. Cały kompleks składa się z 22 mniejszych świątyń i ponad 200 budowli, a całość połączona jest schodami i tarasami. Robi to naprawdę ogromne wrażenie.









Ta dziewczynka jest niesamowita. Pomaga mamie sprzedawać widokówki. Zna ponad dziesięć języków, jest dowcipna, mądra i bardzo rezolutna. Balijczycy nie zarabiają wiele i często na utrzymanie rodziny pracują również dzieci. Mam nadzieję, że mama tej dziewczynki zauważy jak wielki ma potencjał i odłoży pieniądze na jej edukację. Na szczęście w tej kwestii dużo się zmienia, Balijczycy zaczynają rezygnować z wielodzietnych rodzin. Wolą mieć miej dzieci, ale wtedy mogą zainwestować w ich edukację.











Niestety Pura Besakih ma również swoją gorszą stronę. Ze względu iż jest to Świątynia Matka, jest ona bardzo popularna wśród turystów, a co za tym idzie, na terenie świątyni znajdziemy wielu sprzedawców oferujących zimne napoje, kokosy, owoce, pocztówki czy inne pamiątki. Jeżeli wybieramy się do świątyni bez przewodnika, na pewno zostaniemy zaczepieni przez mężczyzn, którzy będą próbowali nas naciągnąć, twierdząc że ich asysta jest konieczna, ponieważ do świątyni mają wstęp wyłącznie wyznawcy hinduizmu. Nie jest to prawdą. Po nabyciu biletu wstępu, możemy swobodnie poruszać się po całym kompleksie, nie można jedynie wchodzić do wnętrza poszczególnych świątyń. 

Po zwiedzaniu świątyni, wybraliśmy się do miejscowości Klunkung, gdzie można zobaczyć pozostałości kompleksu pałacowego Kerta Gosa z XVII wieku. W Klunkung znajduje się również obelisk upamiętniający puputan (co balijsku oznacza walcz do końca), czyli rytualne samobójstwo, które miało miejsce w 1908 roku. Armia holenderska próbowała podbić Bali i kiedy holenderscy żołnierze zastrzelili radżę, samobójstwo popełniło prawie 200 osób.









Na terenie kompleksu możemy zobaczyć zachowaną w całości salę sądową. Pod jej sklepieniem namalowane jest niebo, piekło oraz czyściec. Pokazane są również kary jakie czekały grzeszników. Niektóre z nich wyglądały naprawdę masakrycznie, np. przypalanie narządów rozrodczych, co było karą za cudzołóstwo.






Podczas naszej wizyty w Klunkung natrafiliśmy na sesję zdjęciową nowożeńców. Tradycyjne balijskie ubrania ślubne są niesamowite. Państwo młodzi wyglądali przepięknie. Podziwiałam ich, że dawali radę w takim upale pozować do zdjęć.  

W drodze powrotnej, wstąpiliśmy do miejscowości Ujung, żeby zwiedzić pałac królewski na wodzie. Początkowo na tym terenie znajdowało się więzienie dla osób zajmujących się czarną magią. Podczas wizyty, król Karangasem I Gusti Bagus Jelantik, zachwycił się wspaniałym widokiem na morze i postanowić zbudować w tym miejscu swoją letnią rezydencję. Niestety pałac został zniszczony podczas trzęsienia ziemi, ale dzięki wsparciu Banku Światowego został odbudowany w 2003 roku. 

Ja byłam zachwycona roślinnością i sielankową atmosferą miejsca, natomiast chłopcy z naszej grupy najbardziej byli zaciekawieni piraniami pływającymi w stawie. Zastanawiali się nawet jak szybko zjadłyby ludzki palec, ale jakoś nikt nie chciał wsadzić ręki do wody. Musieliśmy zadowolić się karmieniem piranii tradycyjnym pokarmem dla ryb.











Z tarasu widokowego rozciągał się wspaniały widok na morze i ogrody. Patrząc z góry na cały kompleks, wcale nie dziwię się, że królowi tak bardzo spodobało się to miejsce.

Tymczasem życzę Wam cudownej niedzieli i mam nadzieję, że moja relacja przypadła Wam do gustu, bo to jeszcze nie koniec zdjęć z Bali.

3 komentarze:

  1. na dłuższą chwilę przeniosłam się w inną cudowną, kolorową i tajemniczą rzeczywistość :)

    OdpowiedzUsuń