poniedziałek, 27 marca 2017

swetrowa sukienka i zaginione buty

Dzisiejszy wpis miał wyglądać zupełnie inaczej. Miałam wejść ja, cała na biało, i pokazać Wam moją nową marynarkę. Wszak i pogoda zaczęła sprzyjać na tyle, że można nosić białe ubrania bez obawy, że zostaną na nich plamy z deszczu i błota (jedynym zagrożeniem pozostają teraz świeżo malowane ławki w parku). Jedak los, za sprawą mojego męża, zdecydował inaczej. Otóż, umówiłam się z mężem (niech będzie, zakomunikowałam mu to) na zdjęcia, ale że wcześniej miał inne sprawy do załatwienia, to wziął samochód a ja miałam dojechać do niego później. Poprosiłam go, żeby schował do samochodu moje botki na zmianę, co by mi było wygodniej w płaskich butach w komunikacji miejskiej. Mąż zabrał buty, ale że niósł jeszcze kilka innych rzeczy i nie miał jak otworzyć drzwi od samochodu, postawił je na masce. Po czym oczywiście o nich zapomniał i odjechał. Po butach ślad zaginął. Butów nie ma, zdjęć nie ma, jest tylko złamane serce i czarna otchłań rozpaczy.

Muszę zatem ratować się starymi zdjęciami, które pokazują strój na prawiewiosnę, kiedy jeszcze jest zimno, ale nie na tyle, żeby mieć szalik i czapkę, i jest już ciepło, ale nie aż tak, żeby zrezygnować z płaszcza. Bardzo nie lubię tego momentu, kiedy jestem zmęczona zimą i chciałabym zacząć nosić lżejsze ubrania, ale jestem zbyt wielkim zmarzluchem, żeby zrezygnować z choć jednego elementu garderoby, który zapewnia mi ciepło.







 sukienka: Vero Moda, płaszcz: Shein, buty: Zara

wtorek, 14 marca 2017

chcę być sobą

Od jakiegoś czasu ogromną popularnością cieszą się wszelkiego rodzaju poradniki mówiące nam jak żyć. Kierują zagubionym człowiekiem przez meandry życia i prowadzą go za rękę wprost do szczęścia. Zdarza mi się kupować poradniki i zauważyłam jedną wyraźną tendencję. W poradnikach wszystko jest białe lub czarne, odcienie szarości nie istnieją. Można być Perfekcyjną lub Chujową Panią Domu. Można być minimalistką lub mieć garderobę zajmującą większą część mieszkania. Można nosić rozmiar zero lub być plus size, zwykła kobieca sylwetka nie istnieje. Można gotować jak Jamie Olivier lub chwalić się, że przypala się wodę na herbatę. Pracujesz nad sobą, dążysz do samorealizacji lub stwierdzasz głośno, że wcale nie chcesz być ideałem, lubisz swoje wady i nie zamierzasz z nimi nic robić.

Mam dość skrajności. Chcę po prostu być sobą. Daleko mi do Perfekcyjnej Pani Domu, ale lubię jak w mieszkaniu jest czysto i nie mam problemu z utrzymaniem porządku. Chwalenie się, że w domu jest bałagan, które nie potrafimy ogarnąć, nie jest powodem do dumy. Jednak czasami mam ważniejsze i ciekawsze rzeczy do zrobienia niż ścieranie kurzu. Wtedy bez żalu porzucam domowe porządki i to też jest ok. Lubię poznawać nowe rzeczy, lubię się dokształcać i jeżeli mogę popracować nad złymi nawykami to chętnie to robię. Nie wychodzą z założenia, że jestem jaka jestem i bezrefleksyjnie podchodzę do własnej natury. Na śniadanie jem owsiankę, bo mi smakuje a przy okazji jest zdrowa. Zdarza się jednak, że zaśpię czy nie zrobię zakupów i wtedy w drodze do pracy wchodzę do piekarni po słodką bułkę. Staram się unikać takich sytuacji, bo wiem że nie jest to dobre dla mojego organizmu, niemniej zdarza mi się. Czytam książki uważane za sztucznie rozreklamowane wydmuszki czy za kiczowate, bo sprawia mi to przyjemność. Jednocześnie sięgam po cięższą literaturę, taką jak "Wakacje nad Adriatykiem" (niech Was nie zwiedzie tytuł, nie jest to wakacyjna lektura) Zofii Posmysz. Lubię robić zdjęcia na Instagram, chcę żeby mój profil był spójny i estetyczny i dlatego robię zdjęcia za każdym razem, gdy jestem w ładnym wnętrzu lub mam coś apetycznego na talerzu, mimo że niektórzy mogą uważać to za śmieszne czy żenujące. Mój mąż już się do tego przyzwyczaił, więc tym bardziej innych nie powinno interesować to, co robię. 

Chcesz ćwiczyć, sprawia Ci to przyjemność to ćwicz. Chcesz popracować nad złymi nawykami, bo zaczęły Ci przeszkadzać, to pracuj nad nimi. Chcesz przeczytać mało wymagającą książkę, tylko dlatego że Cię rozśmiesza to ją przeczytaj. Doświadczaj, nie zamykaj się na nowe. Jeżeli czujesz potrzebę zmian, jeżeli chcesz poświęcić czas i energię to po prostu to zrób. Pamiętaj jednak, że nie warto podążać za każdym nowym trendem, za każdym pomysłem, tylko dlatego że panuje taka moda i wszyscy to robią. Nie warto również rezygnować z czegoś co lubimy, tylko dlatego że inni będą dziwnie na nas patrzeć. Pomiędzy byciem ideałem a całkowicie lekceważącym podejściem jest jeszcze miejsce dla Ciebie. W końcu istnieje fifty shades of grey.






 koszula: Mint&Berry, spodnie: Massimo Dutti, płaszcz: Mango, torebka: DKNY

niedziela, 5 marca 2017

za co lubię marzec

Przeżyliśmy luty, teraz czas na marzec. Po najgorszym miesiącu w roku, marzec jest dla mnie prawdziwym wytchnieniem. Za co więc go lubię?

W marcu powietrze pachnie inaczej. Nawet jeżeli poranki nadal są chłodne to w powietrzu wyczuwa się zmianę. Wiatr niesie ze sobą zapach nadchodzącej wiosny i od razu lżej się oddycha.

Pojawiają się kolory. Po miesiącach, w których niebo i ziemia zlewały się w jedno, przystaję przy każdym nowym krokusie i próbuję chłonąć tak mocno nasycone barwy.

W marcu mam urodziny.

Koniec z elektryzującymi się włosami. W marcu jest już na tyle ciepło, że mogę zrezygnować z czapki bez obaw, że mnie przewieje i nabawię się zapalenia ucha. W końcu zacznę wyglądać jak człowiek. Moje włosy również.

W marcu wszystko ma swój początek: sezon rowerowy, sezon na odkryte kostki, sezon na trampki, sezon na przesiadywanie nad rzeką.

Bo marzec jest dobry.










sukienka: Asos, skórzana kurtka: Mango