czwartek, 26 lutego 2015

trochę klasyki: jeansy i biała koszula

Jeansy, biała koszula i szpilki to dla jednych nuda, a dla innych klasyka. Jak zwał, tak zwał, ale nie można zaprzeczyć, że niektóre rozwiązania po prostu zawsze wyglądają dobrze. Nie ważne, jak bardzo byśmy się starali, tego po prostu nie można zepsuć. A jeżeli mamy dobrze dopasowane jeansy, to śmiało możemy podbijać świat. Chociaż znalezienie idealnej pary graniczy z cudem. Dlatego kiedy w zeszłym roku znalazłam w Mango jasne jeansy, które doskonale na mnie leżały i podkreślały to, co miały podkreślać (nieskromnie stwierdzę, że mój płaski tyłek wyglądał w nich niczym milion dolarów), byłam zachwycona. Niestety po pięciu praniach moja miłość się skończyła, jeansy się podarły. I w tym momencie stwierdziłam, że trzeba poszukać dobrych jakościowo spodni, które posłużą mi parę lat a nie parę miesięcy. Zaczęłam przeszukiwać internet w celu znalezienia dobrej firmy, stawiałam na Wrangler lub Levis i jakie było moje zdziwienie, kiedy natrafiłam na dyskusję u Styledigger i dziewczyny odradzały jeansy tych marek. Parę osób polecało za to spodnie Tommy Hilfigera, ale ich cena okazała się o wiele za wysoka, żeby kupować w ciemno. Na szczęście, z opresji wyratował mnie sh i udało mi się znaleźć jeansy Tommy Hilfigera w moim rozmiarze. Teraz przechodzą fazę testów, jeżeli się sprawdzą, to śmiało kupię nową parę. A jakie są Wasze doświadczenia z jeansami? Jakie marki polecacie, a których lepiej nie kupować?








koszula: Mint&Berry, jeansy: Tommy Hilfiger (sh), szpilki: Mango, płaszcz: Dresslink

poniedziałek, 23 lutego 2015

walentynkowy weekend w Pradze


Szczerze powiedziawszy, nie jestem wielką zwolenniczką ani przeciwniczką Walentynek i zazwyczaj w ten dzień nie obdarowujemy się prezentami a po prostu miło spędzamy razem czas. Jednak w tym roku mój (teraz już) narzeczony zaplanował dla nas coś specjalnego i walentynkowy weekend spędziliśmy w Pradze. Swoimi wrażeniami chciałam podzielić się z Wami od razu po powrocie, ale w tym tygodniu zupełnie nie miałam czasu, a przejrzenie wszystkich zdjęć (zrobiłam ich ponad 2 tys.) trochę mi zajęło. Mam nadzieję, że nie będzie to dla Was dziwne, że o Walentynkach piszę ponad tydzień później. 

Weekend rozpoczęliśmy przepysznym śniadaniem w Cafe Savoy a następnie nasze kroki skierowaliśmy ku Zamkowi Praskiemu, po drodze mijając Wyspę Kampa, gdzie można podziwiać m.in. rzeźbę Davida Cernego - ogromne niemowlęta z brązu.











Spacerując po Wyspie Kampa, nie sposób nie natrafić na "most miłości", gdzie zakochani wieszają swoje kłódki. Spotkaliśmy tam sympatyczną młodą parę, która chcąc sobie dorobić, stworzyła kilka kłódek ozdobionych postaciami z modeliny (każda sztuka była inna). Po krótkiej rozmowie, daliśmy się na mówić i na moście zawisła nasza niepowtarzalna kłódka z misiami. Jeżeli kiedyś będziecie tamtędy przechodzić, dajcie znać czy nadal tam wisi.








Tuż przy samym Moście Karola, natrafiliśmy na festiwal jedzenia (niestety nigdzie nie znalazłam informacji z nazwą festiwalu i czy była to jednorazowa akcja, czy może jest to impreza cykliczna), więc zatrzymaliśmy się na grzane wino i trdelnik (lub jak kto woli trdlo), czyli tradycyjne czeskie ciasto obsypane cukrem i cynamonem.





















Nie ukrywam, że Praga najpiękniej wygląda, kiedy patrzy się na nią z góry, więc za każdym razem wspinam się na jakieś wzgórze (tym razem było to wzgórze zamkowe), żeby podziwiać ten cudowny widok. Zresztą, coś musi być na rzeczy z tymi dachami, ponieważ w Paryżu ten widok również skradł moje serce.













Nie wiem dlaczego, ale ta różowa kamienica od razu skojarzyła mi się z filmem Grand Hotel Budapest.

Wolicie Pragę za dnia czy nocą? Ja nie mogę się zdecydować, ale o każdej porze jest równie magiczna. Podczas naszego wieczornego spaceru natrafiliśmy na pokaz multimedialny z okazji Dnia Onkologii Dziecięcej. Cała inscenizacja pokazywała jak beztroskie dzieciństwo może zmienić się w jednej chwili. Było to naprawdę chwytające za serce przedstawienie.













Niedzielę przeznaczyliśmy głównie na zwiedzanie różnego rodzaju muzeów, ale o tym opowiem Wam następnym razem, ponieważ co za dużo, to nie zdrowo i nie chciałabym zamęczyć Was taką ilością zdjęć (a jak ja dorwę w swoje ręce aparat, to robię zdjęcia jak szalona).