poniedziałek, 30 czerwca 2014

trzecia rocznica bloga (jak zmieniał się mój styl)

Czerwiec był dla mnie bardzo intensywnym miesiącem i przez to prawie zapomniałam o trzeciej rocznicy powstania bloga. Niestety nie miałam czasu, żeby zrobić nowe zdjęcia, ale za to opowiem Wam trochę jak w ciągu tych trzech lat zmieniał się mój styl.

Blog powstał spontanicznie i nie wiedziałam do końca, jaką ma przybrać formę. Z perspektywy czasu mogę stwierdzić, że bardzo mi pomógł w poszukiwaniu własnego stylu. Przez trzy lata moje podejście do mody i zakupów zmieniło się diametralnie. 

Początkowo nie miałam sprecyzowanego własnego stylu (teraz do końca też tak nie jest, ale jest on bardziej spójny) i ubrania wybierałam 'na wyczucie'. Kupowałam dużo w lumpeksach, więc brałam to, co było ładne i tanie. Później nie zawsze te rzeczy do siebie pasowały i często leżały w szafie niezałożone ani razu. Z biegiem czasu nauczyłam się, w jakich ubraniach czuję się dobrze, wiem, które powinnam zostawić w sklepie, bo po chwilowym zachwycie, szybko mi się znudzą. Nadal popełniam błędy i zdarza mi się kupić ubranie na jedno wyjście, ale takie sytuacje są coraz rzadsze.

rok 2011





rok 2012






rok 2013






rok 2014






Co się zmieniło:

- zrobiłam generalne porządki w torebkach
Pozbyłam się prawie wszystkich torebek z eko skóry, zostawiłam tylko te, których używałam najczęściej. Przy ilości kilkunastu torebek (teraz niestety nie pamiętam ile dokładnie ich miałam), większa część leżała w szafie, wyciągana sporadycznie. Ciągle wracałam do tych ulubionych i stwierdziłam, że bez sensu jest mieć tyle torebek, skoro spokojnie wystarczy mi mniejsza ilość (była to trudna decyzja, bo torebki uwielbiam tak samo jak buty i ciągle jakaś nowa mnie zachwyca). Teraz zamiast na ilość stawiam na jakość i w końcu pożegnałam się z przetartymi rogami czy zerwanymi rączkami.

- sprawdzam metki 
Przez pierwsze lata prowadzenia bloga w ogóle nie patrzyłam na metki. Kupowałam coś, bo było ładne, a nie dlatego, że zostało wykonane z naturalnych materiałów. Później miałam drapiące swetry, nieprzepuszczające powietrza bluzki, w lecie było mi za gorąco a w zimie potrzebowałam trzech warstw ubrań, żeby się ogrzać. Teraz jestem już mądrzejsza i stawiam na naturalne materiały. W szafie nadal mam ubrania z poliestru, których się nie pozbędę, bo za bardzo mi się podobają, ale teraz zanim coś kupię uważnie spojrzę na metkę.

- pozbyłam się sztucznej biżuterii 
Jeżeli chodzi o biżuterię to zachowywałam się jak sroka. Kupowałam to, co się ładnie świeciło a później całkiem o tym zapominałam. Tym sposobem uzbierała mi się cała kolekcja pierścionków, naszyjników i bransoletek. Większość niestety z plastiku. Teraz ograniczyłam swoją biżuterię do minimum a wszystkie plastikowe 'świecidełka' znalazły nowy dom.

- mam swoje zakupowe zasady
Nauczyłam się kilku zasad, które bardzo pomagają podczas zakupów. Np. nie kupuję ubrania zanim nie stworzę co najmniej trzech zestawów w połączeniu z tym, co mam już w szafie. Pomaga to w uniknięciu sytuacji, w której kupiony ciuch nie bardzo pasuje do tego, co już mamy i albo wisi w szafie, albo dokupujemy coś jeszcze, żeby móc się w to ubrać. Takich zasad mam jeszcze kilka, kiedyś je Wam opiszę.

- wybieram polskie marki
Coraz częściej zamiast z sieciówek wybieram ubrania od polskich projektantów. Nie jest to łatwe zadanie, bo asortyment większości polskich marek jest bardzo do siebie podobny (króluje szara dresówka i dzianiny), ceny są wysokie (nie zawsze, ale bardzo często), jakość bywa tragiczna (krzywe szwy, ubrania mechacące się po pierwszym praniu, źle wszyte zamki). Zauważyłam również taką tendencję, że o polskich markach nie pisze się źle. Nikt nie mówi głośno o tym, że ubrania są słabej jakości, za to wszyscy chwalą polskie projekty. Utrudnia to bardzo wybór, a wiem, że jeśli ktoś wyda więcej pieniędzy będzie oczekiwał czegoś więcej niż 'ubrania z sieciówki made in Poland'. Dlatego też, jak już trafię na prawdziwą perełkę, to jestem jej wierna, bo wiem, że ubrania będą towarzyszyć mi latami (świetnym przykładem są torebki Zuzi Górskiej, z którymi absolutnie nic się nie dzieje).

Na koniec chciałabym podziękować wszystkim czytelnikom mojego bloga. Dziękuję, że jesteście tu ze mną, motywujecie mnie niesamowicie. Dziękuję również tym, którzy pomagają mi w tworzeniu tego miejsca. Bez Was nie było by już to samo.

sobota, 21 czerwca 2014

Czy warto się nastawiać?

Należę do ludzi, którzy uwielbiają planować. Tworzenie najróżniejszych list sprawia mi ogromną przyjemność. Gdy wybieram się w podróż, etap planowania, wyszukiwania ciekawych miejsc, noclegów czy tanich biletów należy do moich ulubionych. Wyszukiwanie nowych restauracji w mojej okolicy sprawia mi wielką frajdę. Nauczyłam się jednak jednego, nie warto się nastawiać, nie warto z góry zakładać pewnych rzeczy. To zawsze prowadzi do rozczarowania. Zamiast wspaniałego lotu może skończyć się roztrzaskaniem się o skały. Nawet nie pamiętam ile to już razy zdarzyło się, że znalazłam w Internecie niesamowitą restaurację, nastawiłam się, że będzie smacznie, że wyjdę stamtąd syta i zadowolona. Po przyjściu na miejsce okazywało się, że restauracja jest zlikwidowana/dania wyglądają zupełnie inaczej niż w menu/jedzenie ładnie wyglądało na zdjęciach a w smaku było okropne. Przy planowaniu podróży zawsze czymś się sugeruję, czy to opinią znajomych, relacją na blogu czy pięknymi zdjęciami. Wszyscy byli tacy zachwyceni, więc ja również będę. Zdjęcia zawsze można tak wykadrować, żeby ładnie wyglądały a znajomi, którzy zapłacili za wycieczkę 'miliony monet' nie przyznają się, że zwiedzili tylko lotnisko i hotelowy basen.

Nauczyłam się, że nie zawsze będzie pięknie i kolorowo. Jeżeli od samego początku mam wobec czegoś wysokie wymagania, rozczarowanie bywa bardziej bolesne. Jednak z drugiej strony, nie planuję pewnych rzeczy tylko po to, żeby stwierdzić, że 'było tak sobie'. Czasami rzeczywistość sprawi nam niemiły zawód a czasem przyniesie ze sobą przygodę życia.

Nie oczekujmy, przyjmujmy życie takim, jakie jest. Żyjmy. Bądźmy.








top: Asos, jacket: second hand, pants: Filippa K

wtorek, 17 czerwca 2014

trendy, których chętnie byśmy się pozbyli

Mówi się, że w modzie wszystko już było. Pewne motywy czy kroje powracają do nas cyklicznie. Większość trendów przemija tak szybko jak się pojawia, inne zostają z nami na lata. Jedne są piękne, estetyczne i zachwycają wzrok, inne niekoniecznie a mimo to zalewają ulice. "Koszmarków" mody jest wiele i niestety musimy się z nimi pogodzić, ale gdybyśmy mieli możliwość, to chętnie wymazalibyśmy z naszego życia niektóre trendy. Ja z największą chęcią usunęłabym z polskich ulic legginsy. Nawet nie tyle, co legginsy same w sobie, ale te noszone do krótkich bluzek. Większość dziewczyn/kobiet traktuje legginsy jak spodnie, a one przecież są niewiele grubsze niż rajstopy, wszystko przez nie widać. Nasza bielizna nie jest już tajemnicą, 'podziwiać' ją może każdy przechodzień. Może jest to wygodne, ale na pewno nie estetyczne (nie bez przyczyny są jedną z najmniej lubianych przez mężczyzn częścią damskiej garderoby). Gdybym miała taką moc, legginsy zniknęłyby w jednej chwili.

A Wy, jakich trendów chętnie byście się pozbyli?







top: Asos, pants and heels: Mango, bag: second hand

poniedziałek, 9 czerwca 2014

sobota w zdjęciach: Wrocław Fashion Meeting i Europa na Widelcu


W sobotni poranek wybrałam się na Wrocław Fashion Meeting odbywający się w Klubie Biznesowym Stadionu Wrocław. Jest to impreza łącząca pokazy mody z targami. W tym roku odbywała się już czwarta edycja tego wydarzenia, ale ja byłam tam po raz pierwszy i prawdopodobnie ostatni. Podczas imprezy można było odwiedzić stoiska ponad 100 wystawców, jednak poziom był bardzo nierówny i niewielu z nich zaskoczyło mnie swoimi wyrobami. Oprócz ubrań i dodatków, na stoiskach znajdowało się również przysłowiowe 'mydło i powidło' czyli oleje i inne produkty spożywcze czy studio kosmetyczne reklamujące depilację laserową. Pokazy również nie zrobiły na mnie wrażenia.





Jak już wspominałam, poziom wystawców był bardzo nierówny, wystarczyło podejść do stoiska i dotknąć ubrań, od razu można było przekonać się kto używa sztucznych materiałów czy nie do końca dba o wykończenie ubrań. Jedynym plusem takiej imprezy jest możliwość zobaczenia na żywo marek, które w większości mają swoje sklepy wyłącznie w internecie. Możemy sprawdzić materiały, z jakich są zrobione i ich ogólną jakość. Jednak to trochę za mało, żeby płacić za bilet 15 zł (dwudniowy kosztował 25 zł). 

Marki Basic Station chyba nie muszę nikomu przedstawiać. Jest tworzona przez matkę i córkę, które dbają o najdrobniejszy szczegół każdego projektu. Podczas Wrocław Fashion Meeting można było kupić ubrania z najnowszej kolekcji, jak również bestsellery takie jak np. kapturka.

Obrazy do noszenia to marka, której wcześniej nie znałam, ale zakochałam się w niej od pierwszego wejrzenia. ODN to marka młodzieżowa i lifestyle’owa skierowana do aktywnych, dynamicznych kobiet interesujących się trendami i poszukujących różnorodności w modzie. Wyróżnia się wyjątkowym wzornictwem i jakością tkanin, z jakich uszyte są ubrania. W szczególności do gustu przypadły mi koszulki i bluzy.




Sekcja dziecięca była naprawdę dobra. Ubrania i dodatki były przepiękne, dobrze wykończone i wykonane z naturalnych materiałów. Nad sukienką z kogutem czy marynarką z lisem można rozpłynąć się w zachwytach. Do kategorii "uroczych" można również zaliczyć markę Dekumdekum, która robi torby i poduszki z pieskami.








Mojej siostrze bardzo spodobały się płaszcze od Jarosława Ewerta, ja jednak zachwyciłam się piankowymi torbami w mocnym kolorze. Ostatnią interesującą marką jest Me&bags, która w swojej ofercie ma klasyczne torby wykonane z najwyższej jakości włoskich skór.









W ten weekend we Wrocławiu odbywało się wiele ciekawych imprez i nie sposób było wybrać się na wszystkie. Jedną z ciekawszych była Europa na widelcu. 

Europa na widelcu odbywa się we Wrocławiu już po raz szósty. To kulinarne wydarzenie ma upamiętnić  rocznicę pierwszych wolnych wyborów w Polsce. Oprócz degustacji potraw z 16 europejskich regionów, można było odwiedzić jarmark produktów europejskich, targi książki kulinarnej a także wziąć udział w wielu różnorodnych warsztatach. Na stoiskach można było skosztować dań z Transylwanii – balmos, czyli danie na bazie polenty i sera, zapiekane w piecu; Sycylii – arancini nadziewane mozarellą; Tyrolu – kluski z czerwonych buraków podawane z sosem pieczeniowym lub chrzanowym czy Przydnieprza – syrnyky, czyli usmażone kotleciki z białego sera, zalane słodkim śmietankowym sosem. Porcje były niewielkie, ale bardzo szybko można było się najeść. Wszystkie dania były przepyszne.












Jednym z ciekawszych wydarzeń towarzyszących Europie na widelcu były warsztaty pieczenia chleba czy warzenia piwa. Niestety na te drugie nie udało mi się dotrzeć.