czwartek, 28 lutego 2013

let me be

Wspominając czasy mojego dzieciństwa muszę stwierdzić, że byłam bardzo naiwnym dzieckiem, a teraz jestem jeszcze bardziej naiwnym dorosłym. Za cholerę nie rozumiem dzisiejszego świata.

Wczoraj byłam świadkiem sytuacji, gdzie matka kupiła swojej (na oko 7-8 letniej) córce smartfona. Cena takiego telefonu to 500 zł (nie zmyślam, stałam za nią w kolejce i usłyszałam). Oniemiałam, a szczękę zbierałam z podłogi przez dobre 10 minut. Nie lubię zaglądać ludziom do portfela, to są ich pieniądze i mogą wydawać je, na co tylko chcą, ale naprawdę nie rozumiem, po co takiej małej dziewczynce telefon, który działa dzięki specjalnemu oprogramowaniu, ma wbudowanego GPSa, pager i inne bajery dla dorosłych. Nie oszukujmy się, żyjemy w czasach wszechobecnych marek, rozbuchanych potrzeb, konsumpcjonizm i braku umiaru. Biorąc kolejny kredyt możemy zaimponować znajomym wakacjami za granicą, nowym samochodem (z salonu, a nie używanym!) czy telewizorem 3D. Przez chwilę czujemy się lepiej. Konsumpcjonizm każdemu robi dobrze. W międzyczasie możemy zająć się wychowywaniem dzieci. I przekazać im najważniejszą życiową prawdę: 'mieć, to znaczy być kimś'.

Dzięki mamusi, tatusiowi, dziadkom i wszystkim specom od marketingu, każde dziecko wie, że robot Fisher-Price jest lepszy niż klocki z dyskontu. Nie ważne, że obie te rzeczy zostały wyprodukowane w Chinach.









jacket: Mango, jumper: Cubus, pants: Acne, shoes: Asos, bag: Misako

niedziela, 24 lutego 2013

their (our) boundaries

Prowadzenie bloga wiąże się (w mniejszym lub większym stopniu, w zależności od jego tematyki) z dzieleniem się swoim prywatnym życiem z szerszym gronem odbiorców. To my decydujemy o tym, co przekażemy czytelnikom, a co zachowamy tylko dla siebie. I to my zawsze wyznaczamy granicę. Jednak chęć bycia popularnym i podziwianym, chęć rozgłosu bywa bardzo kusząca i łatwo jest się zatracić w tym, co robimy. Przecież zawsze można iść dalej.

Są takie sytuacje, w których nie chciałabym, żeby ktoś mnie oglądał, a jak już to byłaby to niewielka grupa osób mająca w tym konkretny cel. Dlatego też nie rozumiem chęci dzielenia się ze światem zdjęciami z (prawie) każdego momentu swojego dnia. A odnoszę wrażenie, że na polskich blogach modowych ostatnio się to nasiliło. Relacje z wizyt u fryzjera czy kosmetyczki są na porządku dziennym. Mogliśmy podziwiać mycie głowy, farbowanie i strzyżenie w zakładzie fryzjerskim, twarze upiększane przez maseczki błotne, stopy ze świeżo zrobionym pedikiurem czy płaskie brzuchy po ćwiczeniach z Ewą Chodakowską.

I naprawdę mogę wiele znieść, ale oglądanie czyichś pomalowanych paznokci u nóg, z powtykanymi pomiędzy palcami wacikami, jest moją granicą.


A co Wy o tym sądzicie? Chętnie poznam Wasze opinie.







dress: Monki, shoes: Allegro

sobota, 16 lutego 2013

songs never heard before

Im jestem starsza, tym mniejszą odczuwam potrzebę robienia czegoś tylko dlatego, że tak wypada (lub nie), bo ktoś się obrazi czy dlatego, że chcę się komuś przypodobać. Nie spotykam się z ludźmi, których kiedyś znałam, a z którymi mam niewiele wspólnego. Nie upijam się na imprezach tylko dlatego, że inni tak robią. Nie odczuwam presji, jeżeli nie widziałam filmu, o którym wszyscy mówią. Staram się za to robić rzeczy, które uszczęśliwiają mnie i moich najbliższych. Zaczęłam doceniać chwile, kiedy mogę skupić się wyłącznie na swojej osobie. I wcale nie czuję się przez to samolubna. Czuję się szczęśliwsza, bogatsza i spokojniejsza. Robienie czegoś, z czym nie czujemy się dobrze, tylko po to, żeby zadowolić ludzi, którzy tak naprawdę są nam obojętni, jest stratą czasu i energii. Jeżeli mam przez kilka godzin męczyć się na spotkaniu z przyklejonym do twarzy sztucznym uśmiechem, wolę zostać w domu, zaparzyć sobie herbatę i poczytać książkę. A na czytanie książek zawsze brakuje mi czasu.







t-shirt and pants: Mango, jacket: River Island, boots: New Look

niedziela, 10 lutego 2013

beware of dog

Na ubraniach zaroiło się od zwierząt wszelkiej maści. Nie są to jednak pluszowe króliczki czy inne słodkie misie idealnie nadające się do przytulania (chociaż i takie się znajdą). Są to zwierzęta groźne, wzbudzające postrach i szacunek. Mamy więc orły i sowy, wilki, tygrysy i psy (nie mylić z psiakami). Szczególnym upodobaniem cieszą się czarne rottweilery. Są na bluzkach, t-shirtach, sukienkach, torebkach, pokrowcach na telefon, portfelach i apaszkach (na majtkach nie widziałam, ale mogę się założyć, że tam też są). Podążając za modą, ja również kupiłam sobie psa. Nie jest to może rottweiler, ale mój też jest groźny.


Recently there's a lot of clothes with animals. They aren't a cuddly bunnies or other cute teddy bears. Theses are dangerous animals. So we have eagels and owls, wolves, tigers and dog. Almost everyone has a black Rottweilers. Following the fashion, I also bought a dog. It's not a Rottweiler, but mine is also dangerous.





 all: second hand

poniedziałek, 4 lutego 2013

Before Valentine's Day

Świat się zakochał (albo oszalał, jedno z dwojga). Do Walentynek zostało jeszcze dziesięć dni, a już od tygodnia zewsząd atakują nas serca, serduszka. Mnóstwo serduszek. Sklepy przeganiają się w ofertach prezentów dla zakochanych, witryny przywdziały czerwień i nawet na blogach powoli pojawiają się Walentynkowe posty. W tym roku święto zakochanych zamiast jednego dnia, trwa dwa tygodnie. W końcu w codziennym pośpiechu możemy zapomnieć o tym, że kochać powinniśmy się przez cały rok. I że powinniśmy mówić o swoich uczuciach, okazywać to nawet najdrobniejszymi gestami. Pluszowe misie, kwiaty, czekoladki są tylko miłym dodatkiem. Okazywanie uczuć poprzez dawanie prezentów to za mało. Tak więc, kochajmy się.


The world has fallen in love (or has gone crazy, one of the two). Valentine's Day is for ten days, but  I feel like it was already. Everywhere are hearts. Shops offer gifts for lovers. We should remember that teddy bears, flowers and chocolates are just a nice bonus. We love the whole year, not just for one day.








  thrifted faux fur collar, jacket: Mango, pants: Acne, shoes: Deichmann, bag: Misako