poniedziałek, 26 listopada 2012

Ubranie dnia: włochaty sweter

Ten tydzień ma dla mnie z góry przygotowany plan. Mało snu, brak czasu i dużo, dużo spraw do załatwienia. Jednym słowem, totalny chaos. Jednak ja się cieszę, bo po miesiącach bezczynności w końcu mogę wziąć się za działanie. Projekt, nad którym tak długo pracowałam, w końcu rusza pełną parą. A co dla Was ma w zanadrzu rozpoczynający się tydzień?

W swetrze tym wyglądam jak mały miś Grizzly (bo jak być misiem, to tylko Grizzly), ale jest on cieplejszy od niejednej zimowej kurtki, którą ostatnio mierzyłam. Specjaliści od marketingu pracujący dla sieciówek powinni zrobić lepszy researching, bo w Polsce w zimie potrafi być naprawdę zimno i kurki robione dla cieplejszych krajów, u nas w ogóle się nie sprawdzają. Dopóki tego nie zrobią mamy do wyboru: albo marznąć albo wyglądać jak ludzik Michelin tudzież inny bałwan. Nie wiem jak mój sweter sprawdzi się, gdy przyjdą mrozy, ale na razie pozostanę przy wyglądzie włochatego zwierza.







sweater and bag: second hand, jeans: Levis, belt: Burberry (sh), boots: Asos

środa, 21 listopada 2012

guilty pleasure

Słyszeliście określenie guilty pleasure (od razu wyjaśniam, że nie ma ono związku z niczym nielegalnym czy dozwolonym od 18 roku życia)? Jeżeli nawet nie, to mogę się założyć, że każdy z Was tego doświadczył. Otóż guilty pleasure oznacza coś, co uwielbiamy robić i nie możemy się temu oprzeć, ale jednocześnie wstydzimy się tego. Doskonałym przykładem jest tutaj kultura masowa, czyli wszystkie "50 twarzy Grey'a" czy inne "Zmierzchy". Uwielbiamy oglądać tanie filmy klasy b i zaczytywać się w tandetnych książkach, które z wybitną literaturą nie mają nic wspólnego. Jednocześnie, gdyby ktoś zarzucił nam, że namiętnie czytamy Paulo Coelho, to z całych sił będziemy się tego wypierać. Z czego więc wynika to poczucie winy? Nie oszukujmy się, większość z nas chce uchodzić za osoby kulturalne, które obcują jedynie z dziełami wybitnych artystów i nie chcą mieć do czynienia z gniotami i innym chłamem. Jednak, gdy chodzi o nasz ulubiony serial czy książkę, którą czytamy z wypiekami na twarzy bycie człowiekiem kulturalnym przestaje mieć dla nas znaczenie.
Na dzisiaj już kończę i idę oglądać "Pamiętniki wampirów", bo "Byt i nicość. Zarys ontologii fenomenologicznej" Sartre'a robi akurat za podstawkę pod kubek z herbatą.







t-shirt: Cubus, shirt and bag: second hand, pants: Stradivarius, boots: Humanic

sobota, 17 listopada 2012

wear the clothes you have

"I remember showing Garance a photograph of a pair of Luciano Barbera's gloves. They had aged beautifully. I told her that I wished one of my multiple pairs of gloves would eventually age as perfectly as him. 
 She replied with one of the most simple but insightful truths about style: "If you want your clothes to age with that kind of grace then wear the clothes you have and stop always buying new ones!!"... so true".*


Sweter, który mam na sobie ma już ponad rok i nie jest może najstarszą rzeczą w mojej szafie, ale bardzo go lubię i wiem, że zostanie ze mną na długo. Po kolejnym 'wietrzeniu' szafy i spojrzeniu krytycznym okiem na to, co się w niej znajduje wiem, które rzeczy na pewno w niej już zostaną. Są to moje ulubione, które przeważnie pochodzą z lumpeksu (co za ironia, używane ubrania są bardziej trwałe niż nowe kupione w sieciówkach). Możecie uznać, że jestem sentymentalna czy po prostu głupia, ale ja naprawdę lubię niektóre z moich ubrań i cieszę się, że starzeją się razem ze mną. A przecież niektóre rzeczy z wiekiem wyglądają lepiej.





Skórzane paski i buty, torebki czy ulubiony płaszcz z czasem nabrały charakteru, dopasowały się do mnie i są teraz całkowicie 'moje'. Wolę odwiedzać szewca czy krawcową co parę miesięcy, niż szukać ich godnego zastępstwa, co w wielu przypadkach jest niemożliwe. I nie chodzi mi tutaj o potępianie sieciówek, bo tam również można znaleźć rzeczy dobre jakościowo, ale o to, żeby nie kupować kolejnej bluzki skoro i tak najczęściej nosimy dwie ulubione. Bo przecież posiadanie w szafie ponad 30 czarnych żakietów trochę mija się z celem.





blouse, jumper, shorts: Gina Tricot (all from second hand), boots: Humanic, bag: Misako

* Powyższy fragment pochodzi z  książki Scotta Schumana "The Sartorialist: closer".

piątek, 9 listopada 2012

don't give my circus away

Każdy z nas ma swoje ulubione blogi, do których z chęcią wraca. I zawsze jest to czymś spowodowane. Czy to osobowością autora, lekkim piórem, pięknymi zdjęciami czy też ciętym językiem i poczuciem humoru. Nie ważne co to takiego, ważne że to "coś" całkowicie nam odpowiada. Przeglądając najróżniejsze blogi czasami już na pierwszy rzut oka mogę stwierdzić, że na pewno tam nie wrócę. I właśnie dzisiaj chciałam się z Wami podzielić wszystkim, co mnie ogromnie irytuje w blogowych świecie.

1. Konkursy pojawiające się częściej niż normalne posty, w dodatku często z nagrodami, które mnie obrażają (jeżeli będę chciała kupić lakier do paznokci, błyszczyk do ust czy bransoletkę z czaszkami, to pójdę do sklepu i sobie kupię, uwierzcie, na takie zakupy jeszcze mnie stać).
2. Dziewczyny, które używają Photoshopa jak podkładu do twarzy (ja naprawdę nie mam nic do Photoshopa i sama go używam do przerabiania zdjęć, ale nie mogę patrzeć na zdjęcia dziewczyn, których twarz przypomina gładką, jednolitą masę, w dodatku z rozmazanymi konturami).
3. Zdjęcia lakierów do paznokci (wiecie, post z cyklu: "nie mam pomysłu na posta to pokażę światu moje paznokcie ze skórkami, których nie potrafiłam równo pomalować, ale za to są w kolorze dojrzałej śliwki").
4. Muzyka w tle (i nagle w popłochu zaczynam przeglądać wszystkie otwarte strony. byle jak najszybciej ją wyłączyć).
5. Dziewczyny od stóp do głów ubrane w Zarę ( nie zrozumcie mnie źle, te dziewczyny zazwyczaj wyglądają świetnie i z przyjemnością się na nie patrzy, ale oglądając takie zdjęcia czuję się jakbym widziała lookbook marki, co jest dla mnie pójściem na łatwiznę, za takie pieniądze, jakie one wydają na ubrania trudno nie wyglądać dobrze).
6. małe, złej jakości zdjęcia (interesuję się fotografią i uwielbiam oglądać ładne, dobrze dopracowane zdjęcia i naprawdę nie mam ochoty wytężać wzroku, żeby dostrzec cokolwiek na miniaturowym zdjęciu; nie trzeba mieć lustrzanki, żeby robić estetyczne zdjęcia, ale zawsze można posprzątać w łazience zanim zrobi się zdjęcie w lustrze).
7. duża ilość zdjęć w jednym poście (musicie mieć trochę litości dla mojego wiekowego komputera, otwarcie 35 zajmuje mu prawie cały dzień, a mnie po prostu brak cierpliwości żeby tyle czekać).

A co powoduje, że unikacie konkretnych stron? Macie swoje ulubione blogi? Podzielcie się linkami i napiszcie, za co lubicie do nich wracać.





hat: Skoczów, shirt: Cubus, pants: Mohito, jacket and bag: second hand, boots: New Look

niedziela, 4 listopada 2012

Leather for Fall

Ramoneska to ten typ ubrania, który jest wszędzie, ale wcale nie tak łatwo znaleźć tę idealną. Co roku, gdy tylko zaczyna się sezon jesienny do łask wracają ramoneski, lecz niestety większość z nich jest niemal identyczna (jakby ktoś na polskich ulicach użył komendy kopiuj wklej). I chociaż bardzo lubię ten rodzaj okrycia wierzchniego, to do tej pory nie miałam jeszcze czarnej skórzanej (lub eko-skórzanej) kurtki. Przyczyna jest wręcz banalna, każdy model, który do tej pory oglądałam miał jakąś wadę (a to za krótkie rękawy, a to ściągacz, a to nieodpowiedni zamek... można by wymieniać w nieskończoność). Na szczęście, w tym roku los się odmienił i upatrzyłam już ramoneskę idealną, chociaż nie czarną. Niestety cena skutecznie odstrasza, więc ćwiczę cierpliwość i czekam na przeceny. W międzyczasie chadzam w ramonesce w  rozmiarze 40, ale za to z frędzlami.






t-shirt: Gina Tricot (sh), pants: Stradivarius, cap: H&M man, leather jacket: second hand