poniedziałek, 29 października 2012

Dizajn Market w Browarze Mieszczańskim

W sobotę we Wrocławiu odbyła się pierwsza edycja Dizajn Marketu zorganizowanego w Browarze Mieszczańskim. Podczas imprezy można było podziwiać autorskie projekty ubrań, dodatków, mebli oraz wszelkiego rodzaju akcesoriów. Swoje dzieła zaprezentowali projektanci nie tylko z Polski, ale również z Czech i Słowacji.




Moje serce skradły pluszaki Uglytoys projektu Doroty Dziak. Zabawki są ręcznie robione, a do ich wykonania projektantka używa materiałów pochodzących z nienoszonych już ubrań, takich jak płaszcze czy swetry, co czyni je niepowtarzalnymi. Z chęcią przygarnęłabym je wszystkie.
Kolejnym stoiskiem, które przyciągnęło mój wzrok (jakżeby inaczej), było stoisko z aparatami My Dear Deer Christiny Papcunovej. Pochodząca ze Słowacji młoda projektantka wyszukuje na pchlich targach stare aparaty (dbając o to, żeby były sprawne) i nadaje im niepowtarzalny wygląd.




Jeżeli chodzi o ubrania, to spodobały mi się szalone projekty Marty Kruk i Katarzyny Perz, czyli legginsy i mini spódniczki Mintylime. Zdecydowanie są to ubrania dla odważnych, bo nie da się w nich przejść niezauważonym. 

Duże wrażenie zrobiła na mnie kolekcja Dominiki Gembiak. Jej przeciwdeszczowe kurtki są po prostu fantastyczne. Niestety, projektantka miała swoje stoisko w takim miejscu, że nie dało się zrobić zdjęć, dlatego zainteresowanych odsyłam na stronę internetową.
 Mintylime



 Manufaktura koloru


 Marmollada





Oprócz przedmiotów wyróżnionych przeze mnie wystawców, można było zobaczyć także albumy, biżuterię i pluszaki Manufaktury koloru, torebki, portfele i paski z filcu Marmollady, krzesła z lat 60. i 70. REformy czy porcelanę marki Endesign i Gabukow.

Cieszę się, że we Wrocławiu odbywa się coraz więcej imprez związanych z modą i designem. Takie wydarzenia jak Dizajn Market pokazują, że w czasach konsumpcji i ciągłego pośpiechu ręcznie robione przedmioty nadal cieszą się dużym zainteresowaniem. Rzeczy, w których stworzenie wkładamy dużo czasu oraz pasji są niepowtarzalne.

piątek, 26 października 2012

I hold back for a second

W dzieciństwie czapka, zaraz po golfach, była znienawidzoną przeze mnie częścią garderoby. Wzięło się to zapewne stąd, że w chłodniejsze dni przed każdym wyjściem z domu mama przypominała: "załóż czapkę". W ten oto sposób w mej dziecięcej duszy narodził się bunt i gdy tylko znikałam z pola widzenia mojej mamy, czapka lądowała w plecaku. Z wiekiem zaczęłam jednak doceniać nakrycie głowy, jakim jest czapka (im jestem starsza tym mniej lubię marznąć) i teraz mam już małą kolekcję. Chyba musiałam dojrzeć do tego, żeby stwierdzić, że noszenie czapki nie jest żadną karą, a może być ona świetnym uzupełnieniem stroju. Jednak grubych rajstop pod spodnie nie założę nigdy więcej.
Czy mieliście podobne doświadczenia z konkretną częścią garderoby? Jakie ubrania były Waszą zmorą w dzieciństwie?








blouse: KappAhl (via allegro.pl), thrifted pants, vintage bag, boots: New Look

poniedziałek, 22 października 2012

Prague


Praga jest jednym z tych miast, do których mam ogromny sentyment i gdy tylko mogę, chętnie do nich wracam. Tym razem Praga przywitała nas mgłą i siąpiącym deszczem, co wcale nie popsuło nam humorów. Naszą wycieczkę zaczęliśmy od odwiedzenia pchlego targu Blesi trh. Strasznie żałuję, że nie mam stamtąd żadnych zdjęć, bo na targu można było znaleźć dosłownie wszystko. Począwszy od futer, starych książek i zdjęć, replik czeskich samochodów, różnego rodzaju broni, na starych wibratorach skończywszy. Wczesna godzina, unosząca się w powietrzu mgła i wygląd osób, które przyszły na targ, skutecznie odwiodły mnie od zamiaru robienia zdjęć. Zdarzyło Wam się podczas zwiedzania zupełnie nowego miejsca, że coś (ktoś) sprawiało, że nie mięliście ochoty wyciągać aparatu?
 






Nie wiem czy wspominałam, że uwielbiam stare cmentarze? Mają one niesamowity, tajemniczy klimat. Kręte uliczki, stare drzewa i nagrobki pokryte bluszczem sprawiają, że panuje tam atmosfera, którą trudno opisać słowami. Trzeba ją poczuć samemu. Na powyższych zdjęciach można zobaczyć Stary Cmentarz Żydowski, gdzie najstarszy z zachowanych nagrobków pochodzi z 1439 roku. Żeby odwiedzić to miejsce trzeba udać się do dzielnicy żydowskiej Josefov, a za wstęp trzeba zapłacić. Jeżeli nie pałacie miłością do starych cmentarzy, to odradzam kupienie tego (wcale nie taniego) biletu, ponieważ reszta obiektów znajdujących się w tej dzielnicy, rozczarowuje.




Kolejnym miejscem, które chciałam zobaczyć, a którego nie udało mi się odwiedzić ostatnim razem był Cmentarz Olszański, czyli największy z praskich cmentarzy. Znajduje się tam ok. 25 tys. grobów, a niektóre z nich całkowicie pokrył już bluszcz. Pogoda, niczym niezmącona cisza oraz unoszący się w powietrzu zapach starości i tajemnicy sprawiły, że jest to jedno z najbardziej niesamowitych miejsc, jakie miałam okazję zobaczyć.








Jeżeli będziecie w okolicach rynku (a na pewno będziecie), koniecznie musicie wstąpić do piekarni Krusta. W tym maleńkim pomieszczeniu kryje się prawdziwy raj dla podniebienia. To właśnie tam, po raz pierwszy w życiu, piłam gorącą białą czekoladę i był to najwspanialszy napój, jaki do tej pory miałam w ustach. Jeżeli wiecie, gdzie w Polsce podają taką czekoladę, koniecznie dajcie mi znać. Będę Wam dozgonnie wdzięczna (ale tak na serio). Jeżeli nie jesteście fanami słodkości, polecam wybrać się do Bohemia Bagel (Masna 2), gdzie można zjeść bajgle i różnego rodzaju kanapki.










czwartek, 18 października 2012

z dystansem

Ostatnio wszędzie toczą się burzliwe dyskusje dotyczące hejterów. Nic w tym dziwnego, skoro bluzgonet zalewa nas z każdej strony. Wydawać by się mogło, że Polacy nie potrafią wyrażać swoich opinii bez nadmiernego słodzenia czy obrzucania błotem (na zagranicznych blogach nie widać takiej frustracji). Nie chciałam jednak mówić o specjalistach od nienawiści, a o konstruktywnej krytyce. Co rozumiecie przez to sformułowanie? Zauważyłam, że niektóre blogerki reagują wręcz alergicznie na nawet najmniejszy przejaw krytyki. A przecież nie o to chodzi, żeby czytelnicy układali peany na naszą cześć i wynosili nas na ołtarze (wystarczy, że co poniektórzy popadli w samouwielbienie i absolutnie nie wolno podważać ich doskonałości). Jeżeli ktoś zwróci mi uwagę, że w tekście popełniłam błąd, że źle dobrałam buty, że może kolor fuksjowy niekoniecznie pasuje do mojej karnacji, taką krytykę mogę znieść. Natomiast, jak ktoś mówi mi, że mam krzywe zęby, krótkie nogi, a twarz taką, że nie powinnam wychodzić z domu bez worka na głowie, to już jest zwykłe chamstwo i buractwo.

Szkoda tylko, że niektórzy nie potrafią odróżnić jedno od drugiego. Zresztą, czym się tu przejmować? Przecież zawsze można włączyć moderację komentarzy i udawać, że inni nas nie obchodzą.







shirt, scarf, bag and jacket: second hand, shorts: Gina Tricot, boots: Bronx