sobota, 29 września 2012

i co z tego, że lato odeszło

Poranki są już chłodne, ale jesień jeszcze nie szczypie w oczy i nie chłodzi dłoni. Zeschłe liście szeleszczą pod stopami, a słońce przyjemnie rozgrzewa skórę. Jesień w swoim najlepszym wydaniu. Jest idealnie. Jeszcze można wybierać. Za chwilę pozostaną nam tylko grube swetry i wełniane czapki. Tony warstw i czerwony nos. Zanim to jednak nastąpi, ja zakładam jeszcze letnie sukienki.

Co jest Waszym must have na jesień? Nie chodzi mi o najnowsze trendy, po prostu chciałabym wiedzieć, z czym najchętniej nie rozstawalibyście się w takie dni, jak dzisiejszy, gdy jesień jest w pełnej okazałości.






jumper: Mango, dress: Asos, thrifted boots, bag: second hand

wtorek, 25 września 2012

she played a princess when nobody saw

Jakiś czas temu moja koleżanka próbowała przekonać mnie do tego, że kupowanie w sieciówkach to najlepsza forma zakupów. Jako że dyskusja rozgorzała po lampce wina (ok, nie oszukujmy się, po butelce), a ja byłam już upojona sfermentowanym sokiem winogronowym, wymyśliłam, że zrobię listę wad kupowania w sieciówkach. Dla równowagi, koleżanka miała zrobić listę zalet. Trochę się rozpędziłyśmy i wzięłyśmy na celownik nie tylko sieciówki.


sieciówki

zalety:
- ciuchy wpisujące się w najnowsze trendy (zapewni cię o tym każda fashion victim, a im, w tej kwestii, można wierzyć),
- duży wybór rozmiarów (chociaż jakimś dziwnym trafem ubrania w rozmiarze 32/34 znikają z półek w błyskawicznym tempie),
- możliwość przymierzenia i krytycznej (?) oceny (chyba że akurat przymierzalnia jest pomalowana na czarno i spaliła się żarówka),
- możliwość kupna więcej niż jednej takiej samej rzeczy (zazwyczaj, gdy przysięgniemy danemu ciuchowi miłość aż po grób i zapragniemy mieć go w większej ilości, jego już nie ma na sklepowej półce)

wady:
- masowość (najpierw spędzamy pół dnia przed lustrem, żeby się wystroić, a na imprezie okazuje się, że jeszcze kilka dziewczyn ma na sobie takie same ciuchy),
- cena (o tym można dyskutować, przecież niektórzy wydają na waciki więcej niż ja na jedną parę butów),
- jakość (jaka jakość?),
- ograniczenie poprzez panujące trendy, modne kolory i fasony (akurat szukasz prostej czarnej sukienki?, zapomnij,  że taką znajdziesz, za to możesz być pewna, że tych w kolorze fuksji nie zabraknie)


lumpeksy

zalety:
- niskie ceny (podobno dawniej za 10 zł można było ubrać się od stóp do głów, ale to tylko takie plotki),
- trafiają się perełki (fakt, że najczęściej trzeba przekopać się przez stertę szmat, ale gdy  w końcu znajdujemy to coś, radość jest nie do opisania),
- oryginalne, niepowtarzalne ubrania (i każdy będzie się dziwił jak mogliśmy założyć na siebie coś takiego)

wady:
- zniszczone ubrania (nie oszukujmy się, większość ubrań w lumpeksach posiada jakąś plamę, dziurę lub zmechacenie),
- ubrania w wielkich rozmiarach (nosisz rozmiar zero? więc prawdopodobnie nie masz po co wybierać się do lumpeksu, bo większość ciuchów ma rozmiar przynajmniej xxl),
- w dniu dostawy w lumpeksach są tłumy kobiet (to prawie jak na ustawkach; jeżeli chcesz dostać wieszakiem lub masz ochotę przywalić komuś z łokcia, koniecznie wybierz się do sh w dniu dostawy, wrażeń nie zabraknie)


sklepy internetowe

zalety:
- zakupy robimy o każdej porze dnia i nocy (i nie usłyszymy, że już zamknięte),
- nie ma bałaganu (ubrania wiszą sobie ładnie na wirtualnych wieszakach... miałam na myśli modelkach),
- nie musimy stać w kolejkach i znosić humorów ekspedientek (ja też czasami mam okres i też nienawidzę wtedy całego świata, ale zaciskam zęby i staram się jakoś dotrwać do końca dnia)

wady:
- nie możemy dotknąć i przymierzyć (dla niektórych macanie ubrań jest prawie takim samym fetyszem co lizanie stóp),
- zdjęcia nie zawsze oddają rzeczywisty wygląd ubrań (za to zawsze możemy obstawiać czy tym razem dostaniemy to, co zamówiliśmy),
- trzeba dodatkowo płacić za wysyłkę i czasami również cło (a wtedy nasz portfel woła: 'zmiłuj się')
- trzeba czekać aż towar do nas dotrze (a przecież zawsze w międzyczasie może wybuchnąć jakiś wulkan i chmura pyłu uniemożliwi naszej paczce opuszczenie magazynu)

A Wy, gdzie najchętniej robicie zakupy?







necklace: DIY, thrifted top and belt, skirt: Zara, shoes: Quazi

czwartek, 20 września 2012

I see the world in a grain of sand






Podobno nic nie sprawia kobiecie takiej radości, jak zakupy. A ja muszę się przyznać, że już dawno nie czułam ekscytacji i podniecenia kupując nowy ciuch. Kupowałam coś, bo akurat mi się spodobało, bo była promocja, bo jakaś rzecz mi się zniszczyła i musiałam uzupełnić garderobę. Robiłam zakupy i nie poświęcałam im większych emocji. A przypomniał mi o tym dopiero ten kapelusz. Gdy go zamawiałam, cieszyłam się niczym dziecko czekające na przyjście Świętego Mikołaja. Gdy kurier przyniósł mi paczkę, do końca dnia z mojej twarzy nie schodził uśmiech kota z Cheshire. Myślę, że od tej pory będę kupowała tylko to, co wywołuje właśnie taki uśmiech. Czystą konsumpcję zostawiam innym.





 dress: Mango, hat: Skoczów, vintage bag, shoes: Bronx

poniedziałek, 17 września 2012

weekend w Budapeszcie


Dzisiaj mam dla Was urywki z mojego pobytu w Budapeszcie. Zwiedzanie zaczęliśmy od Dzielnicy Zamkowej, ponieważ bardzo chciałam zobaczyć Basztę Rybacką. Takie miejsca strasznie działają na moją wyobraźnię i gdy tylko je zobaczyłam, zapragnęłam mieć zdjęcie, jak wychylam się z jakiegoś pięknego balkonu, niczym księżniczka czekająca na swojego księcia, który uwolni ją z zaczarowanej wieży. I co takiego się stało, że nie zobaczycie tutaj tego zdjęcia? Otóż, stali się japońscy turyści ze swoimi aparatami. Było ich tylu, że niestety musiałam pożegnać się z marzeniem zostania księżniczką (chociażby tylko na minutę).






Po opuszczeniu Dzielnicy Zamkowej myślałam, że choć na chwilę uwolnimy się od tłumu turystów, ale odetchnęliśmy dopiero pod koniec dnia, gdy trafiliśmy do parku miejskiego. I teraz muszę się Wam do czegoś przyznać, ja po prostu uwielbiam wszelkiego rodzaju parki, mosty i stare cmentarze. Gdy jestem w jakimś miejscu po raz pierwszy, oprócz muzeów, kościołów i innych słynnych zabytków, staram się zobaczyć takie miejsca, w których chętnie przebywają miejscowi.





Wielka Hala Targowa, czyli węgierska Vásárcsarnok, to jedno z tych miejsc w Budapeszcie, które mnie urzekło. Pomimo tłumu turystów, można też było spotkać tam dużo miejscowych, robiących codzienne zakupy. To miejsce miało swoją niepowtarzalną atmosferę. Moje serce skradły ręcznie haftowane żakiety. Niestety ich cena nie pozwoliła mi na zabranie jednego ze sobą.








Wycieczkę do Budapesztu planowałam już od kilku lat i miałam wysokie oczekiwania co do samego miasta. Może nawet zbyt wysokie, bo serce zabrałam z powrotem ze sobą. Rzesze turystów, wszechobecna komercjalizacja oraz duże odległości spowodowały, że nie poczułam magii Budapesztu. A przecież najważniejsze jest to, żeby w pełni poczuć atmosferę danego miejsca... Za to najlepszy strudel jabłkowy jadłam właśnie w Budapeszcie.

czwartek, 13 września 2012

breaking the rules

Już jakiś czas temu zmieniło się moje podejście do zakupów i teraz staram się trzymać ustalonych przez siebie zasad. Nie zawsze jest to łatwe i dla jednego ciucha potrafię zapomnieć o wytycznych, których miałam się przecież tak kurczowo trzymać (wszak jestem tylko kobietą!). Gdy po raz pierwszy zobaczyłam tę spódnicę, krzyknęła do mnie: "mamo". A krzyczała tak rozpaczliwie, że w końcu ją kupiłam i tym samym złamałam dwie podstawowe zasady: niekupowania w Zarze i niekupowania przez Internet. 

Gdy w końcu otrząsnęłam się z amoku i zdałam sobie sprawę z tego, co zrobiłam było już za późno. Zanim zjawił się kurier prawie nabawiłam się nerwicy (bo, co będzie, jeżeli materiał okaże się kiepskiej jakości, spódnica będzie źle się układać i w ogóle to będzie przypominać raczej szmatę do podłogi niż spódnicę?!). Tym razem jednak nie było tak źle i oprócz niewielkiej różnicy w kolorze, spódnica jest idealna. Oczywiście jeszcze jej nie prałam, więc nie mogę powiedzieć, co się z nią stanie, jednak na razie się zachwycam. Miłym w dotyku materiałem i tym, że czuję się w niej świetnie.






sweater: Mango, vintage bag, skirt: Zara, shoes: Deichmann

czwartek, 6 września 2012

nie ma nic pomiędzy wierszami

Dzisiejszy post potwierdza moją regułę, że skąpstwo pobudza kreatywność. Mój wewnętrzny skąpiec już nieraz uratował mnie przed bankructwem (chociaż, gdy chcę kupić rzecz, która bardzo szybko mi się znudzi, albo jeszcze szybciej zniszczy, zazwyczaj milczy jak zaklęty). Tak było i tym razem. Gdy po raz pierwszy zobaczyłam opaskę z ćwiekami, moje serce zabiło szybciej, na policzki wystąpiły rumieńce i zapragnęłam jej z całych sił. Jednak cena skutecznie mnie odstręczyła. Po jakimś czasie z bólem serca zapomniałam o tej miłości od pierwszego wejrzenia. Niespodziewanie jednak znalazłam w lumpeksie pasek nabijany ćwiekami (którym notabene owinęłam się dwa razy), i już wiedziałam, co muszę zrobić. W domu w ruch poszły nożyczki i śrubokręt i tak oto miałam swoją własną opaskę zwaną przez moją siostrę 'statuą wolności'. Ćwieki i pasek wyniosły mnie 5 zł, z czego wynika, że zaoszczędziłam co najmniej 50 zł. Rachunek chyba jest prosty? Uwielbiam mojego wewnętrznego skąpca.











headband: DIY, dress: Massimo Dutti, bag: second hand, boots: Bronx