sobota, 30 czerwca 2012

1-st Anniversary

30 czerwca to znamienny dzień dla mojego bloga, ponieważ równo rok temu zamieściłam tutaj swojego pierwszego posta. Jestem bardzo szczęśliwa z tego powodu, ponieważ zdarzały się chwile zwątpienia i mało brakowało, żeby blog przestał istnieć. Na szczęście mam swoich czytelników, którzy dają mi motywację do dalszego działania. Dziękuję tym, którzy pomagają mi w tworzeniu bloga (jesteście niezawodni) oraz wszystkim tym, którzy tutaj zaglądają i są ze mną, chociażby wirtualnie. Chociaż nie ma Was wielu, to każdy pojedynczy głos jest dla mnie o wiele bardziej cenny niż sztucznie napychane statystyki. Dziękuję i mam nadzieję, że zostaniecie ze mną na kolejny rok. 
 







t-shirt: F&F, skirt: second hand, stripe: second hand, sandals: Street

piątek, 22 czerwca 2012

a penny for your thoughts

Szukając pewnych informacji potrzebnych do pracy pomocy wujek Google wyświetlił mi hasło: "Jakie mogą być pytania do Złotych Myśli?". Od razu przypomniały mi się czasy szkoły podstawowej i jedna z najbardziej ulubionych dziewczęcych rozrywek (zaraz za zbieraniem karteczek i pisaniem pamiętników). Każda dziewczynka z mojego rocznika nosiła do szkoły zeszyt najróżniejszych rozmiarów nazwany Złote Myśli. Zeszyty te dawało się każdej koleżance, nauczycielom i swojej pierwszej miłości, i z niecierpliwością czekało się na odpowiedzi na wymyślone przez siebie pytania. Po odebraniu takiego zeszytu z wypiekami na policzkach czytało się 'sekrety' innych. Z perspektywy lat widzę, że niektóre pytania nie miały po prostu racji bytu, ale wtedy dostarczały mnóstwa emocji.

- "Jak nazywa się Twoja sympatia?" (przecież taki sekret zdradzało się wyłącznie najlepszejnaświecie przyjaciółce)
- "Czy odpowiedziałeś/aś szczerze na wszystkie pytania?" (i tu padała jedyna możliwa odpowiedź)
- "Czy mnie lubisz?" (odpowiedź jak wyżej)
- "Który masz numer w dzienniku?" (o co w ogóle chodzi?).

Jakie były Wasze ulubione szkolne rozrywki? Od razu zastrzegam, że dręczenie innych dzieci się nie liczy.






dress: River Island, heels: Deichmann, bag: second hand

sobota, 16 czerwca 2012

Słodkie Czary Mary

Dzisiaj będzie słodko.

Będąc dzieckiem zapewne każdy z nas marzył, żeby znaleźć się w magicznej krainie pełnej słodyczy niczym z filmu Charlie i fabryka czekolady. Wrocławska Manufaktura Słodkie Czary Mary wygląda niczym świat z dziecięcych marzeń. 



 

W lokalu robione są na naszych oczach lizaki i cukierki we wszystkich kolorach tęczy. Wybór smaków jest tak duży, że naprawdę trudno jest się zdecydować. Możemy kupić karmelki o smaku banana, pomelo, toffi, whiskey z colą, ananasowym i wiele, wiele innych.




Miejsce jest tak urocze, że aż nie chce się stamtąd wychodzić. Niestety, kupione cukierki okazały się dla mnie trochę zbyt sztuczne, ale przynajmniej nasyciłam oczy. A mój strój chyba doskonale wpisał się w klimat miejsca?




Manufaktura Słodkie Czary Mary
ul. Szewska 27-27 a
50-139 Wrocław

poniedziałek, 11 czerwca 2012

time for changes

Doszłam do smutnego, aczkolwiek dla mnie oczywistego, wniosku, że nie jestem dobrą szafiarką (tudzież blogerką modową). A wskazują na to wszelkie znaki na ziemi i niebie:
- nie mam szpilek z Zary, lordsów ani podróbek litów JC (oryginalnych zresztą też nie mam),
- Zarę i H&M omijam z daleka,
- nie posiadam spódnicy w azteckie wzory (tej z Bershki również!),
- nie robię sobie szpanerskich zdjęć w przymierzalni,
- nie organizuję cotygodniowych konkursów (ba, konkursy nie pojawiają się tutaj nawet raz w miesiącu),
- nie zmieniam ulubionych kolorów wraz z porami roku,
- nie pokazuję na blogu zdjęć nowo-zakupionej bielizny.

Polskie blogi modowe w większości przypominają lookbooki znanych marek. Prześcigają się w organizowaniu giveaway'ów i kreują najnowsze tredny (które jakimś dziwnym trafem znajdziemy we wszystkich sieciówkach). I chociaż zdarza się, że ulegam 'modnej' modzie (tak, tak asymetria zagości u mnie na stałe), to nie kupuję rzeczy tylko dlatego, że widziałam je na stu pięćdziesięciu różnych blogach, a każde pismo kobiece podaje, że są must have sezonu.

Z wyżej wymienionych powodów i z kilku jeszcze, mniej lub bardziej prozaicznych, zmieniam tematykę bloga z modowo-szafiarskiej na kobiecą. Tak po prostu.

Zresztą i tak doskonale wiecie, że nie lubię ograniczać się do pisania o ciuchach ;)







dress, bag: second hand, wedges: czas na buty, bracelet: handmade

poniedziałek, 4 czerwca 2012

shopping on the web

Już kiedyś pisałam o tym, że ubrania staram się kupować świadomie, ale jako że należę do słabej płci, często zdarza mi się popadać w szał konsumpcjonizmu i kupuję pod wpływem chwili rzeczy tak naprawdę bez jakiejś większej wartości. Świat rządzi się własnymi prawami, więc takie sytuacje często się na mnie mszczą. Doskonałym przykładem może być poniższa spódnica. Pewien sklep internetowy stał się ostatnio bardzo popularny nie tylko ze względu na intensywny marketing, ale także na różnorodny asortyment. Ubrania z tego sklepu kusiły mnie już od dłuższego czasu na tyle skutecznie, że w końcu zdecydowałam się na zakup spódnicy i sukienki. 

Nie mogłam się doczekać kiedy przyjdzie do mnie paczka, ale moja radość trwała tylko do momentu jej otwarcia. W środku znajdowała się piękna czerwona spódnica, która niestety była krzywo uszyta i w dodatku, w jednym miejscu zaciągnięta. Oprócz spódnicy znajdowała się tam również sukienka, chociaż bardziej trafnym określeniem byłby kawałek syntetycznej szmatki, która zniszczy się po pierwszym praniu. Radość z zakupów zniknęła szybciej niż Struś Pędziwiatr ucieka przed Kojotem, a ja po raz kolejny dostałam nauczkę. Chyba zostanę przy kupowaniu w second handach.

A Wy, jakie mięliście przygody ze sklepami internetowymi? Których z nich lepiej unikać?








shirt: second hand, skirt: Romwe, heels: Quazi