poniedziałek, 26 września 2011

we, ashes and wine

Szanowni Państwo, czas zacząć bić brawa. Niech zabrzmią fanfary! Bo oto, w chwale i blasku, na scenę wkracza on - kolor bordowy. Niegdyś zapomniany i odrzucony, dziś święci swój powrót w obecnym sezonie jesienno-zimowym. Teraz, przez kilka miesięcy, wszędzie będzie się panoszył, ale pozwólmy mu na to. Przecież nie jest on stałym bywalcem salonów. 

Przez Tomasza Jacykowa uznany za trudny kolor. Postarzający. Przeze mnie nabyty przez przypadek i nie z premedytacją, gdyż bluzkę tę mam już drugi rok. Torebka natomiast jest nabytkiem nowym, w dodatku włoskim.




                 blouse: second hand, skirt: DIY (przerobiona z sukienki), bag: SISLEY, shoes: Quazi

PS. Podoba się Wam mój nowy nagłówek? Jego autorką jest Anetta H., której bardzo dziękuję. Serdecznie zachęcam do skorzystania z jej pomocy, ponieważ tworzy niesamowite rzeczy. Jeżeli jesteście zainteresowani, to zgłoście się pod ten adres: alhena12@yahoo.com

poniedziałek, 12 września 2011

girls and cars

Dzisiaj prezentuję Wam chmurne czoło i gniewne miny. A wszystko to spowodowane jest dniem jutrzejszym. Dniem mej udręki i nieprzespanych nocy. Sama myśl o nim, powoduje na mej twarzy takie grymasy.

W tej właśnie chwili i z tego oto miejsca chciałam ostrzec wrocławskich kierowców (przechodniów w sumie również). Otóż dnia jutrzejszego ja, Miryo, po raz pierwszy zasiądę za kierownicą wspaniałego pojazdu, kolokwialnie zwanego L-ką i wyjadę na wrocławskie ulice. Tak więc strzeżcie się kierowcy, a zobaczywszy mnie za kierownicą, uciekajcie jak najdalej. Amen.




                       T-shirt: Gina Tricot, vest: New Look, shorts: from the market, shoes: Aldo

czwartek, 8 września 2011

W kraju lawendy i wina

Odrzucając wszelkie oferty last minute, wsiedliśmy w samochód i wyruszyliśmy przed siebie. Kierunek: Chorwacja. Tam, oprócz przejrzystej wody i pięknych widoków, czekała na nas przygoda.

 Rovinj - miasteczko, w którym mieszkaliśmy. Uliczki wyglądały jak wyjęte z pocztówek.





 Trafiliśmy na ostatni dzień festiwalu, który zakończył się pokazem sztucznych ogni. Takich pięknych fajerwerków jeszcze nigdy nie widziałam. Było magicznie.

 Mój luby, zamiast zajmować się takim wdzięcznym obiektem fotografii, jakim jestem ja, wolał fotografować kraby. Teraz mam mnóstwo zdjęć tych stworzonek, a swoich chyba z dziesięć ;)

 Bale - do tej małej miejscowości trafiliśmy przez przypadek wracając do naszego apartamentu po wycieczce krajoznawczej. Muszę przyznać, że jest to jedno z najpiękniejszych miasteczek, jakie odwiedziliśmy w Chorwacji...
 ... cisza, spokój, piękne widoki i mało turystów, czego chcieć więcej?


 Bardzo chciałam zobaczyć amfiteatr w Puli, ale jak na złość, w środku była rozłożona scena. Mogliśmy więc podziwiać rusztowania i sprzęt nagłaśniający.


Bardzo spodobała mi się fontanna przedstawiająca mapę Puli. Chociaż był straszny upał, to jednak nie próbowałam pić z niej wody. W torebce miałam swoją, zamrożoną ;)
Na koniec naszej wycieczki postanowiliśmy odwiedzić jeszcze wyspy Krk, które są połączone ze stałym lądem mostem Krckim o długości 1430m. Miasteczko Krk to jedyna miejscowość w Chorwacji, która nie przypadła mi do gustu. Wszędzie strasznie śmierdziało, a w uliczkach można było natrafić na pozostałości po kociej/psiej toalecie.