środa, 20 lipca 2011

When The Indians Cry

Zamarzył mi się idealnie letni indiański look, na pohybel ludzkości i zagładzie świata. Niestety, w swoim posiadaniu nie mam mokasynów, skórzanych szortów, rzemykowej biżuterii, sukienki w etniczne wzory czy pierzastych kolczyków (ah! zapomniałabym o pióropuszu, którego zresztą też nie posiadam). W mojej szafie znalazłam tylko tę bluzkę z frędzlami i kapelusz z jednym, marnym piórkiem. Jestem narwańcem i jak się na coś uprę, to tak musi być i koniec. Nie zrażając się brakiem podstawowych materiałów potrzebnych do stworzenia takiego wyglądu, zgarnęłam to, co miałam pod ręką i tak oto powstała wariacja indiańska, która tak do końca indiańska nie jest. Enjoy!






                            hat: vinatge, t-shirt: River Island, skirt: second hand, shoes: Parfois

piątek, 15 lipca 2011

grejpfrut z pomarańczą

Szał na soczyste, mocne kolory trwa. Na wyprzedażach kobiety biją się o ostatnie sztuki pomarańczowych rurek, kobaltowych spódnic czy kanarkowych T-shirtów. Dlatego ja, póki co, sieciówki omijam z daleka. Tak samo jak kolorowe ubrania. Jednak nie mogłam oprzeć się tej sukience. Dlatego że znalazłam ją w second-handzie. Dlatego że jest zrobiona z bawełny. Dlatego że jest firmy Gina Tricot, którą to uwielbiam i dlatego że kosztowała 15 zł. Sukienka ta ma jednak dwie wady. Po pierwsze, nie do końca odpowiada mi jej kolor a po drugie, jest tak krótka, że nie mogę jej nosić bez pokazywania majtek. Z tego powodu w dzień, założona tyłem na przód, robi za bluzkę. Za to na wieczór jest idealna. Jak wychodzę z domu, to nie muszę dodatkowo zakładać odblasków, tak daje po oczach, że widać mnie z daleka. 




   dress/blouse: Gina Tricot, skirt: allegro.pl, bag: MISAKO, shoes: Quazi, bracelet: DIY

czwartek, 7 lipca 2011

Fear of heights

Wysokie obcasy są modowym fetyszem już od XVI wieku. Początkowo stworzone dla mężczyzn, do dziś robią na nich wrażenie. Mój Mężczyzna na widok tych butów po prostu oszalał*, co nie zdarza się prawie w ogóle, jeżeli chodzi o moją garderobę. I tak za sprawą czystego szaleństwa, zostałam ich właścicielką. W całej tej sytuacji nie byłoby nic dziwnego, gdyby nie fakt, że są to najwyższe buty w mojej szafie a sztuka chodzenia na wysokich obcasach, łagodnie mówiąc, nie jest moją najmocniejszą stroną. Jednak nie mogłam pozwolić, żeby taki piękny prezent marnował się w szafie i postanowiłam zrobić im, i sobie, chrzest bojowy. Żeby nie było zbyt łatwo wybrałam brukowaną ulicę. A co, jak rzucać się to od razu na głęboką wodę. 

 



  dress: Gina Tricot, vest: sh, belt: George, shoes: Aldo

*Dwa tygodnie później oszalałam ja i kupiłam, na przecenie, botki z New Look'a, które mają podobnej wysokości obcas, ale są już mniej stabilne.